czwartek, 22 grudnia 2016

42.

*ROSE*
Ciekawe co dzisiaj wymyśli. Ogarnęłam się wcześniej, żeby mnie nie zaskoczył. 


Pomogłam Willowi się umyć i zaprowadziłam go do łóżka. Niby jest już lepiej, ma więcej sił, ale gdy stoi ma zawroty głowy, więc nadal potrzebuje mojej pomocy.
-Jak będzie coś nie tak- mów. Pamiętaj, że nie pozwolę skrzywdzić cię kolejny raz. -usłyszałam zanim wyszłam z jego pokoju.
Kochany.
Wzięłam od razu bluzę i zeszłam na dół.
Chciałam zrobić sobie coś do jedzenia, ale akurat dostałam smsa.
Leondre wysłał mi swój adres.
Okay, może tym razem będzie mniej potu.
Owinęłam bluzę na biodrach, nie miałam gdzie schować telefonu, bo kieszenie były za małe więc go po prostu zostawiłam.
***
Devries stał pod domem obok czarnego skutera? Motoru? Nie mam pojęcia, ale mocno się przestraszyłam.
-Co to? -spytałam zwracając jego uwagę.
-O cześć. -podszedł i mocno mnie przytulił.
-To twoje? -wskazałam palcem na maszynę.
-Joeya, ale pożyczyłem.
-On o tym wie? -założyłam ręce na pierś.
-Niee, to nieważne. Weźmiesz plecak. -podał mi go.
-Nie wsiądę na to. -odsunęłam się.
-Wsiądziesz.- spojrzał na mnie surowo. -Była umowa.
To mi się nie podoba.
-Nie mów do mnie tym tonem.
-Rosie, nie bój się. Nigdy bym cię nie prosił żebyś wsiadła gdybym nie był pewien, że będziesz bezpieczna. -mówiąc to patrzył mi w oczy i to mnie przekonało. Nie jego słowa, oczy którym zaufałam. -Przyniosę kask.
Założyłam plecak, Leondre założył mi kask i wzięliśmy na to coś. Przytuliłam się do jego pleców i zamknęłam oczy. Nie ma mowy, że będę wiedzieć kiedy umieram.
Otworzyłam oczy dopiero, gdy zaczęło robić się niebezpiecznie, bo czułam jak podskakuje.
Jechaliśmy po polu. Ten dureń robi mi wycieczkę po polu.
O co chodzi?
*KATE*
Zrobiłam pranie, posprzątałam w domu i byłam padnięta. Po chuj tak duży dom skoro mieszkam w nim prawie sama i sama muszę w nim sprzątać?
Jebać to.
Byłam wykończona i chciałam wziąć prysznic, ale nie pozwolił mi na to niespodziewany gość. Otworzyłam drzwi i od razu chciałam je zamknąć, bo stał tam Charlie.
-Czego chcesz?-warknęłam.-Teraz będziesz traktował mnie jak dziwkę i przychodził, gdy tylko będziesz miał chcice?
Chłopak zmarszczył brwi i nie powiedział ani słowa.
-Skąd wiesz gdzie mieszkam?
-Od Rose. Powiedziałaś jej, prawda?
-A ty Willowi?
-Nie, nikomu nie mówiłem. Mogę wejść? -wskazał głową głąb domu.
-Nie, mam okres.
-Przestań!-wybuchł. -Nie myślę o tobie jak o dziwce, a już na pewno cię tak nie traktuje! Przyszedłem obejrzeć z tobą film i nawpierdalać się mc'a, a nie przelecieć!
Patrzyłam na niego, bo jego reakcja była dla mnie kompletnie niezrozumiała. To facet, facecie myślą tylko o jednym. I ja mam uwierzyć, że chce spędzić ze mną normalnie czas?  ZE MNĄ?! Ma mnie za głupią czy co...
Wiem jaka jestem, ludzie albo mnie lubią albo nienawidzę. W zależności na co im pozwolę. Zawsze byłam dla niego wredna i co? Mam uwierzyć, że on mnie za to polubił? Błagam...
Nic nie powiedziałam tylko przepuściłam go w drzwiach.
-Dziękuję. -prychną i wszedł do holu. -Twój dom wygląda jak cholerny pałac.
-Ta, nie podniecaj się. Nie jest mój tylko moich starych.
-Mieszkasz w nim więc jest twój. -zdjął buty.
-Byłby mój gdybym na niego zarobiła.
Tak właśnie myślę. Nienawidzę gdy ktoś czuję się lepszy, bo jego starzy dają mu w chuj hajsu, potem dostaje od nich firmę, miejsce w kancelarii czy coś... Jeżeli sam nie zapracował na to co ma jest gówno wart.
-W sumie... To co...film? -zaproponował i poniósł wielką torbę z Mc Donalda.
-Jak będziesz przynosił jedzenie to wpadaj częściej. -zabrałam ją i poszłam do kuchni po coś do picia.
Wyjęłam dwa piwa z lodówki. -Może być?
-Jasne, a twoi rodzice?
-Wrócą pewnie późno. -burknęłam.
-Nie lubisz ich, co?
-Lubiłbyś kogoś kto ma na ciebie kompletnie wyjebane? -uniosłam brwi.
-Na pewno tak nie jest.
-Więc jak określić to, że nie zauważyli, że nie było mnie w domu przez tydzień? Po tygodniu zobaczyli, że jest syf i zadzwonili żebym posprzątała.
Chyba go zatkało, bo nic nie powiedział.
-Chodźmy do mojego pokoju. -zmieniłam temat i pokierowałam go tam.
-Tu na zdjęciach to ty z Michaelem? -zatrzymał się na schodach gdzie na ścianie wisiały zdjęcia rodzinne.
-Tak, byłam u niego wczoraj.
-Wiem, Rose zrobiła ci prezent.
-Tak, fajnie, że ją poznałam. -uśmiechnęłam się pod nosem. Gdy Mich wyjdzie z ośrodka wszystko będzie inaczej, powiedział że będę mogła z nim zamieszkać.
-Dzięki tobie Will żyje. -spojrzał na mnie z takim miłym uśmiechem, aż zrobiło mi się ciepło na sercu.
-Nieprawda, sam podiął decyzję.
-Tylko ty wierzyłaś. -spuściłam wzrok, bo nie lubię słuchać komplementów, a to był wielki komplement.
-Chodźmy.-odwróciłam się i pokonałam resztę schodów. Weszliśmy do mojego pokoju, rzuciłam wszystko na łóżko i otworzyłam szafę. -Nie obrazisz się jak wezmę szybki prysznic? -spytałam chociaż i tak bym to zrobiła. Wyjęłam ciuchy i odwróciłam się do niego.
-Będę nawet wdzięczny. -zaśmiał się.
-Wal się.
-Hyh, ostra, lubię takie.
-Nie prowokuj, bo będzie gorzej. Możesz poszukać jakiegoś filmu, spróbuj tylko przeszukiwać mój komputer, albo grzebać w szafach, a...
-Tak, wiem, źle się to dla mnie skończy. -powiedział znudzony. -Idź już.
Prysznic wzięłam w tępię ekspresowym, osuszyłam ciało i ubrałam się, a włosy zostawiłam w kucyku.
Gdy wyszłam Charlie siedział z moim portfelem w ręku.
-Okradasz mnie? -zakpiłam.
-Myślałem że masz na imię Kate, Avril. -odwrócił się do mnie, a ja, podejrzewam, byłam czerwona jak burak.
-Oddawaj to. -przeczołgałam się przez łóżko i wyrwałam mu moją legitymacje.
-Dlaczego przedstawiasz się drugim imieniem? -spytał, gdy schowałam dokument i rzuciłam portfel na biurko,z którego zresztą spadł.
-Jeżeli masz zamiar się śmiać to możesz już sobie iść.
-Dlaczego miałbym się śmiać? Imię to imię, podoba mi się.-wzruszył ramionami.
-Avril, serio?
-Charlie, serio? Pół kraju ma tak na imię. -zaśmialiśmy się. -Avril to mega seksowne imię. -uśmiechnął się cwaniacko i odwrócił tułowiem do mnie.
-Ta...
-Następnym razem, będę mówił "Avril weź go głębiej".-wybuchł śmiechem.
-Świnia. Nie będzie następnego razu.
-No Avril weź go głębiej. -wydął dolną wargę. Niby świński żart, ale i tak się zaśmiałam.
-Nie ma co. -spojrzałam na jego krocze, a jego mina spoważniała.
1:1 durniu.
-Nie narzekałaś.
-Udawałam.
-Dobra aktorka z ciebie, za tą rolę powinnaś dostać Oskara.
-Nieważne.-przekręciłam oczami, bo miałam już dość rozmawiania o tym. -Znalazłeś coś?-kiwnęłam głową w stronę komputera.
-Wolisz klasyczne porno, czy perwersyjne?-spytał z tym swoim cwaniackim uśmieszkiem.
-Świnia!-uderzyłam go poduszką. -Ugh, myślisz tylko o tym!
-Słońce, każdy facet myśli tylko o tym... Nie, serio. Znalazłem jakiś thriller. Może być fajny.
Przyniósł laptopa i usiedliśmy wygodnie na łóżku, gdy włączał film ja już otworzyłam piwo i zaczęłam jeść.
-Taka mała, a tyle je. -pokręcił głowę i zabrał mi torbę, żeby wziąć coś dla siebie. Jeszcze chwila, a nic by nie zostało.
-Problem?
-Broń boże, moja mama ciągle mówi, że nie może jeść ani tego ani tamtego. Mam tego dość.
-No. Wolę być gruba i szczęśliwa.
-Trzeba znać granicę.
-Ta, jak ktoś nie mieści się na miejscu w autobusie, a wpierdala kebaby co drugi dzień to już porządnie przekroczył granice.
Zamknęliśmy się już, bo film się zaczął. Miałam go w dupie, bo jedzenie nie poczeka.
Babcia zawsze mówiła, że trzeba jeść żeby być zdrowym. Babcie zawsze mają racje.
Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak właśnie się stało z moimi ostatnimi frytkami. W sumie to Charliego ostatnimi frytkami, bo je sobie wzięłam.
Film był nudny jak flaki z olejem. Gra aktorska była do kitu, a muzyka w ogóle nie pasowała do sytuacji, więc zajęłam się piwem, które też już się w sumie skończyło.
-Podoba ci się film? -spytał jakoś w połowie.
-Nie.
-Więc kończymy go. -zamknął laptopa i odstawił pustą butelkę.
-Przyniosę jeszcze. -nie czekając na odpowiedź pobiegłam do kuchni po kolejne dwa piwa.
Gdy wróciłam chłopak leżał na łóżku i robił coś w telefonie nucąc pod nosem.
-Michael Jackson- Beat it
-Zgadłaś. Znasz chyba wszystkie piosenki. -stwierdził i usiadł rozkładając swoje patykowate nogi na całe łóżko. Usiadłam w wolnym kącie. -A to? -zaczął śpiewać jaką piosenkę, która niby była znajoma, ale tylko tyle.
-Tego nie znam. -upiłam łyka.
-No wiesz ty co? -spojrzał na mnie urażony. -To moja i Leo.
-A, przykro mi, ale nie słucham takiej muzyki.
-Ranisz. -złapał się za serce. -Pokaże ci.
Nie miałam nic do powiedzenia, po prostu zaczął puszczać swoją muzykę i śpiewał operowym głosem, co było zabawne.
-Może powinieneś zmienić styl na muzykę operowa? -zaśmiałam się.
-Oh, przestań, miałam tyle propozycji, ale nadal jestem wierny temu co robię. -zatrzepotał rzęsami.
-Szlachetny.
-Ej to ty robiłaś te zdjęcia? -spojrzał na ścianę obwieszoną nimi.
-Yep.
-Wow.-staną na łóżko i zaczął się im przyglądać.-Znasz wszystkie piosenki świata oprócz moich, robisz zdjęcia, czegoś jeszcze o tobie nie wiem? -spojrzał na mnie.
-Jeszcze dużo o mnie nie wiesz.-uśmiechnęłam się tajemniczo.
Usłyszałam dźwięk wiadomości więc szybko wzięłam telefon.
*CHARLIE*
-Chyba powinieneś już iść. -powiedziała nagle i spoważniała.
-Dlaczego? Kto do ciebie napisał?-zmarszczyłem brwi.
Trochę się zmartwiłem, po tym jak przeczytała wiadomość zaczęła mnie wyganiać.
-Nikt, po prostu lepiej już idź.-zaczęła mnie wypychać. Nie opierałem się za bardzo może jej rodzice nie lubią jak ktoś u niej jest czy coś.
-To twoi rodzice?
-Co? Nie. Charlie proszę wyjdź. -spojrzała na mnie błagalnie.
Pierwszy raz widziałem u niej taki wyraz twarzy.
-Na pewno wszystko okay? -upewniłem się.
-Tak tak. Idź już. -spojrzałem na nią ostatni raz i wyszedłem z jej domu.
Założyłem kaptur i stanąłem kilkanaście metrów od jej domu. Muszę wiedzieć o co chodzi i jeżeli będzie trzeba, będę ją śledził. 
Jestem chory.
Po kilkunastu minutach pojawił się jakiś chłopaka. Próbował otworzyć bramkę, a potem zaczął dzwonić dzwonkiem.
Rozgadał się dookoła, więc schowałem się za zakrętem.
O co chodzi?
W końcu dziewczyna wyszła z domu, otworzyła bramkę i zaczęła uderzać chłopaka, krzyczała coś. Niestety nie słyszałem co.
Dobrze Kate... Avril.
W końcu chłopak złapał ją za rękę i wykręcił, aż usłyszałem jej pisk.
Moje wszystkie mięśnie napięły się w sekundę i ruszyłem w ich stronę.
-Hej! -zwróciłem na siebie ich uwagę.-Zostaw ją.-odepchnąłem go.
-Koleś... Zajmij się swoimi sprawami. -prychną i objął dziewczynę ramieniem. Od razu widać, że z nim jest coś nie tak.
-Kate o co chodzi? -spojrzałem na nią. Wyglądała na przestraszoną. Zupełnie inna Kate jaką znam na co dzień.
-To ten typ z imprezy?! -zrobił krok w moją stronę i wyprostował klatę.
Miałem gdzieś, że jest lepiej zbudowany i zacisnąłem dłonie w pięści.
-Nie, to znajomy ze szkoły. Idź do domu. -pociągnęła go za rękę w stronę swojego domu.
-Przyjdź za chwilę. -rozkazał i posyłając mi groźne spojrzenie poszedł.
-Kate kto to jest?!
-Idź już. -rozkazała.
-Nie, kto to jest? Dlaczego on cię tak traktuje?!
-To mój chłopak.
-Zerwałaś z nim, zdradził cię.
-Devries zdradzał, a Rose i tak do niego wracała. Spierdalaj. -odwróciła się i poszła do domu.
Chciałem jej pomóc, ale nie mogłem już nic zrobić więc wróciłem do Willa.
***
*ROSE*

-Nie patrz się tak na mnie. -powiedziałam do Devriesa, który perfidnie się gapił jak jem. Myślał, że nie widzę czy co?
-Ujebałaś się. -oznajmił, a ja po prostu w niego zwątpiłam. -Ubrudziłaś. -poprawił się prawdopodobnie widząc moją minę.
-Jesteś taki sam jak A. K. Czy tak trudno nie przeklinać?
-Ty też przeklinasz.
-Rzadko.
-Nieważne. -wytarł kącik moich ust i sam zabrał się za jedzenie.
Leondre przywiózł mnie na pole. W sumie to jakaś łąka.
Ktoś pomyśli "co to za randka", ale jest cudownie, mimo, że tego nie pokazuję. Po naszej prawej stronie jest las, a przed i za nami pola. Uwielbiam takie widoki, zwłaszcza, że słońce już powoli zachodzi.
Skąd ten debil wiedział, że mi się spodoba?
Odłożyłam pudełko po sałatce i wytarłam buzie serwetką, a on nadal się gapił.
-Devries...
-Nie mów tak do mnie. -warknął, a ja zmarszczyłam brwi.
Czyżby wrócił stary Leo?
Chłopak przymknął na chwilę powieki.
-Przepraszam.
-Nic się nie zmieniłeś... Teraz jesteś miły, a gdy ja się złamie, znów będzie to samo. -wstałam, otrzepałam tyłek z trawy i ruszyłam w stronę skutera, który zostawiliśmy kilkanaście metrów dalej. -Zawieź mnie do domu!
Nie usłyszałam sprzeciwu więc szybkim krokiem szłam do pojazdu. Przynajmniej dopóki nie poczułam czyjejś ręki pod moimi kolanami, a potem tego jak odrywam się od ziemi.
-Devries puszczaj mnie do cholery! W tej chwili! -wydarłam się w roześmiana twarz chłopaka.
-Powiedziałaś Devries.
-Leondre no weź...-powiedziałam tym razem grzecznie.
-A przytulisz mnie? -wydął dolną wargę, co wcale nie było urocze.
-Przytulę. -przytaknęłam. Postawił mnie na ziemie i od razu mnie przytulił. -Okay, to już?
Nic nie powiedział, ale po chwili poczułam jego usta na mojej szyi, co było tak nagłe, że nawet nie wiedziałam jak zareagować.
Powieki same się zamknęły, a głowa odchyliła.
Tak samo z siebie, przysięgam na rękę...lewą, bo prawa jest mi potrzebna.
Co ja pieprze... Ten dupek zna mój czuły punkt.
Moim czułym punktem jest ogólnie czułość, więc nie musiał zgadywać.
Wplątałam palce w jego miękkie włosy i po prostu oddałam się jego pocałunkom.
Jego dłonie trzymały mnie w talii i dobrze, bo mogłam przypadkiem zapomnieć jak się stoi. Jedna z nich posunęła po całym moim ciele do twarzy na której została. Powoli zbliżał się do moich ust.
Rose ogarnij się! Nie możesz!
Pieprzyć to, o skutkach pomyślę później.
-Tak długo czekałem... -szepnął tuż przed moimi ustami, aż przeszły mnie ciarki.
Tak blisko, to trwało wieczność coś we mnie krzyczało "zrób to!".
To tylko wydawało trwać wieczność.
Uchyliłam lekko usta... I zadzwonił telefon Devriesa.
Czar prysł.
Co ja robię? To przecież Devries.
Nienawidzę go.
Odsunęłam go delikatnie od siebie i otworzyłam oczy.
Był zły, był zdezorientowany, zawiedziony...najbardziej wkurwiony.
-Odbierz. -spuściłam wzrok i zobaczyłam jak znów się zbliża.
-To poczeka. -położył dłoń na moją talię.
-Odbierz.-powtórzyłam i odeszłam jakieś dwa metry od niego.
Szybko wyjął telefon z kieszeni i przyłożył do ucha.
-Czego kurwa?! -warknął tak głośno, że podskoczyłam. -Mam ją gdzieś, Rose jest zajęta i niech nam nie przeszkadza.
Avril.
Podeszłam do niego szybko i wyrwałam mu telefon.
-Tak?
-O Rosie, przepraszam... Jest problem z...Avril.
Skąd on wie o jej pierwszym imieniu?
-O co chodzi?
-Pogadamy jak przyjedziesz.
Spięłam się na te słowa.
Ostatnia taka sytuacja była... Z Willem.
Przeraziłam się.
-Mów mi w tej chwili.
-Nie, Rose przyjedziesz i ci wszystko wyjaśnię.
-Kurwa słyszę, że coś jest nie tak! -wrzasnęłam.
Na prawdę się martwiłam.
Usłyszałam jak ciężko wzdycha co jeszcze bardziej we mnie uderzyło.
-Przyszedł do niej jakiś typ, powiedziała, że to jej chłopak, ale widziałem, że się go boi.
Odetchnęłam z ulgą, że nic jej się nie stało.
-Zaraz będę. -spojrzałam na Devriesa który wyrzucił głowę w tył.
-Jestem u was.
Rozłączyłam się i oddałam telefon chłopakowi, który mi go wyrwał.
-Zawieź mnie...
-Jasne, kurwa. -odwrócił się i poszedł pozbierać nasze rzeczy.
Zbulwersowany odwiózł mnie do domu i bez słowa odjechał.
Super.
Może sobie odpuści te pozostałe dni.
Weszłam do domu, na dole byli nasi rodzice więc pobiegłam do pokoju Willa, gdzie byli chłopcy.
-Jak się czujesz? -rzuciłam rutynowe pytanie i podeszłam go przytulić.
-Dobrze. Jest problem z Kate. -oznajmił Loczek, w sumie...już nie Loczek, bo narazie jest łysy.
-Jak wyglądał ten facet? -spojrzałam na Charliego.
-Szukał jej kiedyś u nas, Conor? -wytłumaczył Will, a ja lekko się przestraszyłam.
A.K. sporo mi o nim opowiadała. Przy nim nawet ona wymiękała. Był gorszy niż Leondre, bo zmuszał ją nawet do seksu, tak nią manipulował, że była wstanie zrobić dla niego wszystko. Bała się go, od momentu jego zdrady przestał się odzywać.
Przełknęłam głośno ślinę.
-Pójdę do niej. -wstałam z łóżka.
-Wykluczone, on może ci coś zrobić.
-Mam ją zostawić? Ona by mi pomogła.
Taka jest prawda, mimo, że nasza przyjaźń jest dziwna, zawsze by mi pomogła. Po prostu ona trochę inaczej okazuje uczucia.
Will zacisnął wargi i powoli wstał.
-Pójdę z tobą.
-Ja z nią pójdę. -Charlie lekko popchnął go za ramiona, żeby usiadł. Widać, że nie czuję się najlepiej.
-Błagam jeżeli będzie coś nie tak po prostu zadzwońcie na policję, on się nieobliczalny. -spojrzał na mnie z troską.
-Będzie okay.-uśmiechnęłam się i poszłam po telefon, a potem zbiegłam razem z Charliem na dół.
-Chodź, pojedziemy samochodem. -pociągnął mnie za ramię w stronę swojego domu.
-Will wie?
-Nie.
Więcej nie rozmawialiśmy, bo prawie biegaliśmy do jego domu.
Charlie jechał przez miasto wymijając wszystkie samochody po kolei. Nie zwracałam na to większej uwagi, bo bałam się, że A.K. może się coś stać.
*CHARLIE*
Zatrzymałem się kilkanaście metrów od domu Avril, tak jak kazała Rose, i chciałem wysiąść, ale mnie zatrzymała.
-Zostań, ja pójdę.
-W życiu, on może coś ci zrobić. -spojrzałem na nią oburzony.
-Jak cię zobaczy...
-Nie boję się go.
-Wiem. Pomyśl, on może jej coś zrobić jeżeli się dowie, że wy...
Faktycznie, nie chcę żeby ją skrzywdził.
-Jeżeli nie wyjdzie za pięć minut idę do was.
Rose tylko się uśmiechnęła i wyszła z auta.
*KATE*
-Misiu...-chłopak zanurzył twarz w zagłębieniu mojej szyi i dosłownie ugryzł.
-Conor to boli.-syknęłam z bólu i próbowałam go odepchnąć.
-Dopiero może zaboleć. -przyłożył czoło do mojego i ścisnął mój pośladek.
-Jesteś pijany...
Wbił się w moje usta wsadzając swój język prawie do gardła.
Oparłam dłonie na blacie kuchennym i czekałam aż skończy. Miałam nadzieję, że odpuści, dopóki nie zaczął pchać swoich łap pod moją koszulkę.
-Conor.
-Jeszcze słowo. -zacisnął moją skórę na brzuchu i wrócił do pocałunku.
Złapał mnie za dłoń i położył na swoim kroczu.
Szybko ją zabrałam, nie chcę tego robić.
Poczułam jak rozpina swój rozporek i już wiedziałam co się zaraz stanie.
-Halo policja?! -usłyszałam czyjś krzyk i odetchnęłam z ulgą.
Chłopak odsunął się ode mnie marszcząc brwi.
Poszliśmy w stronę drzwi frontowych, w między czasie chłopak zapiął spodnie.
W holu stała uśmiechnięta od ucha do ucha Ro.
-O, nie wiedziałam, że przeszkadzam. -poruszyła brwiami. -Mam sprawę do twojej mamy, kiedy będzie?
Na początku nie wiedziałam o co chodzi, ale w końcu zaczęłam grać.
Wyjęłam telefon i udałam, że sprawdzam godzinę.
-Jakieś piętnaście minut, chodzi o te papiery? -blondynka przytaknęła.-Conor musisz iść, zaraz będą moi rodzice. -spojrzałam na chłopaka który z uśmiechem przyglądał się Ro.
Co za chuj.
Pociągnęłam go za rękę i wyciągnęłam z domu, nie powstrzymał się żeby obejrzeć za nią.
-Przyjdę jutro. -oznajmił groźnie, gdy byliśmy pod bramą. Położył kciuk na mojej dolnej wardze dociskając ją aż zahaczył o moje zęby, przyciągnął moją twarz do siebie i brutalnie pocałował. Potem odszedł, a ja wyplułam ślinę.
Pobiegłam do domu i rzuciłam się na Ro ściskając ją.
-Boże... Dziękuję, jesteś najlepsza.
Byłam jej tak wdzięczna, że... jest.
-Przyszłam na czas prawda? -odsunęła się ode mnie i spojrzała z troską.
-Tak, tak. Na szczęście. Był pijany i...wiesz jaki jest. -spuściłam wzrok.
-Jest okay, coś wymyślimy. -uśmiechnęła się pokrzepiająco.
Podniosłam koszulkę, żeby zobaczyć swój brzuch.
-O mój boże. -Ro zasłoniła usta, a ja oglądałam czerwone ślady palców na swoim ciele, które jutro będą pewnie siniakami.
-Avril? -usłyszałam głos Charliego za swoimi plecami. Szybko opuściłam materiał i odwróciłam. Stał tam, zmartwiony wpatrując się w moją twarz. -Nie chowaj. Widziałem. -podszedł i chciał odsłonić mój brzuch, ale odsunęłam się. -Dlaczego ty mu na to pozwalasz?
Nic nie odpowiedziałam, bo... Kurde, jestem A.K. dziewczyna, której się boją, a nie, która się boi.
Conor, to jedyna osoba, która budzi we mnie jakiś respekt, nie wiem dlaczego tak jest, po prostu. Nikt nie może zauważyć we mnie słabości, to by mnie zniszczyło. Wykorzystaliby to.
-Pomogę ci tylko powiedz co się dzieje. -opuścił lekko głowę.
-Pomogę? -zaśmiałam się gorzko. -Czy ja wyglądam jakbym potrzebowała pomocy? -wskazałam na swoją klatkę piersiową.
-Co on ci w ogóle zrobił?!-uniósł głos, przez co trochę się wystraszyłam, ale nie dałam mu tego zobaczyć. Wiedziałam, że chodzi mu o te ślady na moim brzuchu, bo zaczął się ze mną szarpać żeby je odsłonić.
-Wowo, ludzie ogarnijcie się. -Ro zaczęła nas rozdzielać, ale jej nie wyszło, bo chłopak zawzięcie próbował zobaczyć mój brzuch.
-Spierdalaj! -wrzasnęłam odpychając ich, bo miałam już serdecznie dość. Oboje patrzyli na mnie równie wściekli jak ja.
-Zadzwoń. -burknęła Ro i wyszła z mojego domu, czego żałowałam. Teraz byłam sama z tym idiotą.
-Zasługujesz na kogoś lepszego. -powiedział po chwili chłopak.
-Oh, masz na myśli siebie?! Błagam...to takie tandetne.-założyłam ręce na pierś i przekręciłam oczami. -Przestań grać bohater i wpierdalaj z mojego domu. -warknęła i doskonale wiedziałam, że to było wredne, ale nie miałam ochoty na jego towarzystwo. Chciałam, żeby tu była Ro i mi jakoś pomogła, nie ON.
-Nie. -oznajmił tak jak ja zakładając ręce na pierś. Zmarszczyłam brwi czekając az kontynuuje, bo nie wiedziałam o co mu chodzi. Dlaczego się mnie tak uczepił? Ta noc zdarzyła się tylko dlatego, że byłam pijana.
Chłopak poszedł do salonu, więc śledziłam go aż usiadł na kanapie.
-Nie słyszałeś? Wypierdalaj. -starałam się brzmieć groźnie i jestem pewna, że mi wyszło.
Spojrzał na mnie obojętnie po czym wziął pilot i włączył telewizor.
-Charlie.-powiedziałam twardo i pociągnęłam go rękaw bluzy.
-Powiedziałem, że nie.
-Ugh, a spierdalaj. -warknęłam już nie wiem, który raz dzisiaj. Poszłam do kuchni po paczkę żelków i wróciłam siadając na drugim końcu kanapy.
Charlie oglądał jakiś głupi serial na mtv.
-Daj. -wystawił rękę w moją stronę.
Pf.
-Nie. -odwrócił głowę w moją stronę i groźnie zmarszczył brwi.
-Avril.
-Nie. -usiadłam po turecku i zaczęłam jeść długie czerwone żelki.
Szybko wyczyściłam paczkę i rzuciłam ją na stoik.
***
Kiedy się obudziłam było nadal ciemno i kurwa zimno.
Podniosłam się na łokciach i chwila minęła zanim zdążyłam ogarnąć o co chodzi.
Zasnęłam na kanapie. W całym domu było ciemno jak w dupie, ale zauważyłam, że Charlie słodko śpi z głową odchyloną do tyłu. Miałam pomysł zrobienia mu jakiegoś żartu, ale nie chciało mi się nawet usiąść.
Pociągnęłam za puchaty koc, który w formie ozdoby leżał na kanapie, ale nie dałam rady go ściągnąć, bo chłopak się na nim opierał.
-Charlie, dawaj ten koc. -kopnęłam go, ale tylko rozejrzał się i zpowrotem położył głowę. -Chuju... Jest mi zimno. -szepnęłam.
Chyba z zamkniętymi oczami przyczołgał się do mnie i wcisnął między oparcie, a mnie przytulając do swojej piersi. -Mówiłam, że mi zimno. -wtuliłam twarz w jego tors.
Charlie szarpnął za koc i nakrył nas.
-Traktowałbym cię lepiej. -szepnął zachrypniętym głosem i pocałował w czubek głowy.
Zatkało mnie.
To jakiś żart?
To możliwe, że on coś do mnie czuję? DO MNIE?!
Co ja teraz zrobię z Conorem? 
Przecież jeżeli on się dowie, że ja i Charlie spaliśmy ze sobą, zabije go.
Więc, co? Jak mam powiedzieć Charliemu, żeby zostawił mnie w spokoju?
Jest taki miły, czuły, troszczy się o mnie. Albo po prostu chce się ze mną pieprzyć.
A czego ja chcę? Na pewno chcę końca znajomości z Conorem.
A Charlie?
Przy nim czuję się...
Nie chcę niczego zepsuć.
Ale potrzebuje trochę czułości.
Zsunęłam dłoń z jego klatki piersiowej na brzuch, podbrzusze i w końcu krocze. Chłopak poruszył biodrami co oznaczało, że nie śpi. Zaczęłam masować go przez spodnie czując jak powoli twardnieje.
-Avril...-mruknął niskim głosem. -Jeżeli...
-Chcę. -tylko to powiedziałam, a Charlie zerwał się i w ułamku sekundy leżał na mnie zachłannie całując. Chyba stwierdził, że jest mi za ciężko i podparł na jednej ręce, a drugą włożył pod moją bluzkę. Szybko odnalazł moje piersi, mruknęłam w jego usta, gdy ścisnął jedną z nich.
-Zabiję go. -powiedział między pocałunkami. -Kurwa. -sapnął, gdy włożyłam dłoń w jego spodnie.
-Jak się o tobie dowie to mnie zabije.
-Nie pozwolę cię tak traktować. -przyniósł pocałunki na moją szyję.-Nikt więcej cię nie dotknie. -zaczął ssać skórę na mojej szyi.
Wierzę ci Charlie.
***
Obudziłam się nago leżąc w połowie na Charliem, który już nie spał i gładził kciukiem moje ramię.
-Dzień dobry. -szepnęłam i uniosłam głowę żeby mógł mnie pocałować.
-Muszę już iść. -położył mnie na kanapę i wstał.
Patrzyłam jak zakłada swoje bokserki i...to zabolało.
Usiadłam i podkuliłam nogi do klatki piersiowej. Przerzuciłam włosy na jedną stronę i poprawiłam na sobie koc.
Ubrał się nie patrząc na mnie nawet przez sekundę.
Oparłam brodę na kolanach i czekałam aż wyjdzie.
~~~~~~~~~~~~~

SIEEEEEEEMSON!
Jak tam po wigiliach?
u mnie co dziwne było super, serio, nawet te dzieleniem opłatkiem, było okay. xd
wyszka powiedziała, że jestem tak wesołą i komunikatywną osobą, że w przyszłości ludzie, kórzy będę ze mną pracować, będą chętnie przychodzić xD
dzięki pani wyszko 
Ogólnie to, życzę wam radosnych, spokojnych świąt z rodziną i żebyście nie siedzieli przy stole z telefonem !!
WESZOŁYCH ŚWIĄT !!!
-KATE xx

środa, 21 grudnia 2016

41.

*ROSE*
Siedziałam wieczorem przed telewizorem, Will spał więc trochę się nudziłam. Mama robiła ciasto, a wydychanie tych zapachów doprowadzało mnie do szału.
Devries chyba się wycofał, bo nie zadzwonił ani nic. W sumie dobrze, zaraz pójdę się umyć i spać. Dzień był ciężki: była u mnie A.K. i z Willem słuchaliśmy jej żali. Chłopak nieźle się zdziwił pokrewieństwem jej z Michaelem. Avril niby jest zła za to, że tylko go nie było w jej życiu  ale widać też, że cieszy się jego powrotem.
Will-romantyk dał jej piękny wisiorek z przywieszką znaku "karmy", A.K. w to wierzy, i powiedział, że jak poczuje się lepiej to zabierze ją gdzieś. Jest jej wdzięczny za namówienie do tej operacji.
Miałam już iść na górę i jak na zawołanie dostałam wiadomość od Devriesa.
Boisko szkolne.
Oh, tak daleko?
Wzięłam bluzę, gaz pieprzowy i wyszłam.
Było już ciemno, ale od choroby Willa niczego bardziej się nie bałam.
Byłam już w dziesięć minut. Na środku boiska stał Devries w spodenkach koszykarskich, bluzie i piłką w ręku.
-Myślałem, że cię porwali! -krzyknął gdy przekroczyłam bramę.
-Nieśmieszne. -podeszłam bliżej, a on wyciągnął rękę pewnie z myślą, że go przytulę. -Boisko, serio? -tylko uniosłam brwi.
-Nawet mnie nie przytulisz?
-Dlaczego miałabym?
-Bo tego chce. -upuścił piłkę.
-A ja nie? -zmarszczyłam brwi.
Cholerny Devries. Miałam nie mówić "nie".
-Też tego chcesz, tylko boisz się przyznać. -podszedł i zamknął mnie w szczelnym uścisku.
Może trochę tego chciałam, bo jest taki cieplutki i dobrze pachnie...ale tylko trochę.
Nie protestowałam, objęłam jego szyję rękoma.
-Nie brakuję ci tego? -szepnął, jego ciepły oddech przy moim uchu wywołał ciarki.
-Nie. -powiedziałam niepewnie.
Oh Rose, jaka ty jesteś słaba.
Skrzywdził cię.
-Powtórz. -Złapał moją twarz w dłonie i teraz musiałam patrzeć mu prosto w oczy.
Oczy w których widać miłość.
Czy to możliwe? Zrobiłby to wszystko gdyby kochał?
-Nie Leondre, nie brakuję mi tego. -powiedziałam stanowczo. Spuścił wzrok i puścił moją twarz. -To co robimy?
-Zagramy. -poniósł piłkę z ziemi i rzucił do kosza.
-Za trzy. -stwierdziłam.
-Więc przygotuj się na przegraną. Wygrany dostaje buziaka. -powiedział pewnie i zaczął kozłować powoli zbliżając się do przeciwnego kosza. Zgaduję, że to mój.
No cóż dziś wieczorem się spocę.
Wzięłam głęboki oddech i pobiegłam za nim. 
Dla mnie nie ma reguł. 
Próbowałam odebrać piłkę, ale co wystawiłam po nią rękę, ten sprytnie przekozłowywał ją jak najdalej ode mnie. W końcu się zdenerwowałam i ją kopnęłam. 
-Ej! To niezgo... -nie zdążył dokończyć, bo zaczęłam za nią biec. Wzięłam ją i nie martwiąc się kozłowaniem pobiegłam z nią do kosza i wrzuciłam. 
-Jeden zero frajerze. 
-Dwa zero skarbie. 
-Może być. -zgarnęłam ją i znów wrzuciłam. -Cztery. 
-Wiesz, że tak się nie gra. 
-Zasady są do dupy. 
-Buntowniczka.
-Leo... Na prawdę nie chce mi się biegać. Możemy... Po prostu usiąść? -ładnie poprosiłam, ale on mnie wyśmiał. 
-Myślałem, że lubisz sport. Dasz mi buziaka i możemy robić co chcesz. -podszedł i położył dłonie tuż nad moimi pośladkami. 
-Lubisz stawiać mnie w niewygodnej pozycji. Dosłownie. 
-Jeden malutki buziaczek. -zawsze to zdanie mnie rozbawia. Zaśmiałam się i delikatnie złączyłam nasze usta. Leondre chwilę stał z zamkniętymi oczami. 
-Teraz możemy posiedzieć. -odsunęłam się. 
Wyszło tak, że siedzieliśmy kilka metrów od siebie i turlaliśmy piłką. 
-Jak tam A.K.?
-Jak zawsze wkurwiona, ale ja wiem, że się cieszy. 
-Dziwny zbieg okoliczności. 
-Prawda? Michael niedługo kończy odwyk i... 
-Będziesz z nim mieszkać? -spytał szybko. 
Czy chciałabym? Oczywiście. Problem jest taki, że w roku szkolnym nie mogę chodzić codziennie do pracy, a nie chcę być jego utrzymanką. 
-Nie wiem. -popchnęłam piłkę. -Mama chyba by mnie w piwnicy zamknęła.
-Nie dziwię się. Jest starszy. 
-Skończ już, dobrze wiesz, że on taki nie jest. 
-Nie chcę żebyś z nim mieszkała. -spojrzał na mnie. 
Ta niezręczna cisza, kiedy nie wiesz co powiedzieć. 
-Nie martw się, pewnie do tego nie dojdzie. 
-Mogę ci coś powiedzieć? 
-Nie. 
-Rose, mówię serio. -wstał i usiadł obok mnie. Zgiął kolana i zawiesił na nich ramiona. 
-Widziałem się ostatnio z ojcem. -powiedział ściszonym głosem. 
Wygląda na to, że to coś poważnego. Leondre nienawidził swojego ojca odkąd ich zostawił, nie dziwię się. Zrobił to w żałosny sposób. 
-Mówił coś o tym, że żałuję, wiesz o co chodzi. 
-Wierzysz mu? 
-Nie. -odpowiedział stanowczo i podniósł głowę. -Pewnie znowu chodzi o pieniądze. To chujowe wiedzieć, że dla ojca jesteś workiem pieniędzy. 
-Wiesz... Wyglądasz okay, ale żeby od razu worek? -zmrużyłam oczy, a on się zaśmiał. -Leeeeondre, olej go. Taki ojciec to nie ojciec. Masz wspaniałą rodzinę, a on się do niej już nie zalicza. Wiem, że ci go brakuję, ale nawet jeśli znów złapiecie jakiś kontakt, a on znów zrobi coś takiego? Na prawdę to jest warte tego co będzie później? 
-A może zrozumiał? -poczochrał swoje włosy. -Nie wiem sam. 
-Ufasz mu? 
-Stanowczo nie. 
-No właśnie. Ułożyłeś sobie życie bez niego, stracił więcej. -uśmiechnęłam się i objęłam go ramieniem. 
Mimo tego jaki jest w stosunku do mnie i mimo tego co się stało z naszym związkiem, myślę, że Leondre to wrażliwy i dobry chłopak. Może nie dla mnie, ale prawdziwy Leondre Devries jest wspaniały. 
Przytulił mnie do swojego boku i potarł moje ramię. 
-Dziękuję Rose
***
*KATE*
-Kurwa...
-Tak, też mam kaca. -usłyszałam i usiadłam jak poparzona.
Boże ja jestem naga, zakryłam się kołdrą i spojrzałam na Charliego. Leżał sobie swobodnie z jedną dłonią pod głową.
O nie, błagam. Ja się z nim przespałam do cholery!!
-Boże... My nie?
-My tak, może zrobimy drugą rundkę? -przybliżył się z uśmiechem i chciał mnie pocałować.
-Idiota. -wstałam ciągnąc za sobą kołdrę, którą się zakryłam. Spojrzałam na chłopaka, leżał tak jak go Bóg stworzył bez żadnego skrępowania.
-Przecież wcale cie nie widziałem nago. -przekręcił oczami.
-Nie zobaczysz nigdy więcej. -warknęłam i założyłam bieliznę tak by nic nie widział.
-Daj spokój przecież ci się podobało. -poczułam jak ciągnie mnie za nadgarstek.
-Zostaw mnie. -uderzyłam go chyba w ramię. Jak się odwróciłam siedział na łóżku.
Zignorowałam go i założyłam wczorajsze ciuchy.
-Spróbuj komuś powiedzieć, wtedy dowiesz się jaką suką potrafię być. -zagroziłam i wyszłam z jego pokoju słysząc jak ciężko wzdycha.
***
*CHARLIE*
Kilka godzin byłem na nagraniach, a potem poszedłem do Willa. Siedzieliśmy z Rose na kanapie i oglądaliśmy mecz.
-Jak było wczoraj z Leo?
-Wykończył mnie fizycznie. -spojrzeliśmy na nią, bo brzmiało to trochę... -Graliśmy w koszykówkę. -dodała.
-Randka życia. -stwierdził Will.
-A jak impreza? Byłeś wczoraj?
-Tak, tak, dobrze. -uśmiechnąłem się.
Nawet bardzo dobrze.
Usłyszeliśmy trzask drzwi, a potem donośny krzyk.
-Ro! Kurwa musimy pogadać!-A.K. wbiegła do domu, a gdy mnie zobaczyła zatrzymała się.


-Cześć. Może buziaczek. -Will cmoknął, a ona przeniosła swój sukowaty wzrok na niego.
-Spierdalaj. Ro chodź na górę. -poprosiła już piskliwym głosem.
-Rozmawiałaś z Michem? -olała ją.
-Tak, a teraz chodź na górę. -podeszła do niej i popchnęła żeby Rosie wstała.
-Luz, ogarnij się. Chcesz coś do jedzenia?
-Nie, po prostu chodź. -złapała ją za rękę i pociągnęła na górę.
-Moja żona chyba ma okres.
-Tak...
*ROSE*
-O mój Boże spałaś z Charliem?! -podsumowałam zdumiona, a ona zakryła mi dłonią usta.
Byłam zdziwiona po pierwsze tym, że zrobiła to z Charliem(!!), po drugie jesteśmy w tym samym wieku, a ja nie wyobrażam sobie przespać sie z kimkolwiek.
-Cicho, liczę na to, że jesteś moją przyjaciółką i nikomu nie powiesz.
-Przyjaciółką mówisz? -poruszyłam brwiami.
-Zamknij się i mów co mam robić?
-I jak było?
-Ro! Mówię serio... Było wspaniale. -spuściłam wzrok.
-To bierz go. Jest przeuroczy.
-Żartujesz? Miałabym być z Charliem? Nie rozśmieszaj mnie. Poza tym to była jednorazowa przygoda. Chcę tylko żeby mi tego nie wypominał i żeby w ogóle ze mną nie rozmawiał.
-A było czule czy bardziej no wiesz...niegrzecznie? -poruszyłam brwiami.
-Serio cię to interesuje?
-No wiesz Charlie to taki romantyk więc obstawiam, że był czuły i delikatny.
-Dziewczyno Charlie? To był tylko seks.
*CHARLIE*
A.K. zbiegła po schodach i pocałowała Willa w policzek.
Miałem cichą nadzieję, że do mnie też podejdzie. Noc była... Najlepszą w moim życiu.
-Jak się czujesz? -założyła ręce na biodra.
-Dobrze, a ty? -odpowiedział odwracając do niej głowę.
-Dlaczego pytasz?
-Nie wyżarłaś mi lodówki. -zaśmiał się, a jej mina była obojętna.
-Spierdalaj.
-Masz okres?
-Spierdalaj. -splunęła jeszcze raz i wyszła.
-Ostra. -stwierdził.
-Muszę iść. -szybko wstałem i pobiegłem za dziewczyną.-Zaczekaj!-dogoniłem ją i stanąłem na przeciwko.
-Spierdalaj. -odepchnęła mnie.
-Tylko to słowo znasz?
-Jak mnie nie przepuścisz zrobi się nieprzyjemnie.
-Nie boję się ciebie. -zmarszczyłem brwi. -O co ci chodzi? Przecież noc była...
-Przez ciebie wyszłam na łatwą!
-A ja na łatwego. -zażartowałem, próbowała się powstrzymać i spuściła głowę. -A! Widzę ten uśmieszek. -złapałem ją za brodę.
-Ugh Charlie jak patrzę na ciebie to mam przed oczami nas... Ja nie chce. -zapłakała sztucznie.
-Szkoda, bo ja chce. -położyłem dłonie na jej talii i zacząłem zsuwać je niżej.
-Przestań. -powiedziała, ale nawet się nie odsunęła.
-Powiedz, że ci się podobało.
Chciałem to od niej usłyszeć, moje ego tego chciało.
-Pod jednym dachem z twoją mamą? Nie.
-A jednak musiałem cię uciszać. -powiedziałem dumnie i ścisnąłem jej pośladki.
-Yh, jesteś okropny. -przekręciła oczami.
-Powiedz to.
-Nakarmię twoje męskie ego, było zajebiście, ale to był pierwszy i ostatni raz. Nie wypominaj mi tego. -powiedziała szybko, a ja przerwałem jej pocałunkiem.
Jej usta, są boskie, mógłbym je męczyć cały dzień. Gdy zabrakło nam powietrza oparłem o siebie nasze czoła.
-Charlie co ty robisz?-szepnęła i głośno przełknęła ślinę.
Już nie jest pewna siebie i wredna.
-Chodźmy gdzieś.
-Nie licz na kolejny raz. -odsunęła się.
-Miałem na myśli kino.
-Miałeś na myśli randkę?!
-Tak to się chyba nazywa. -zaśmiałem się, ale przestałem widząc jej minę.
-Nie chcemy tego. -pokręciła głową.
Nie miałem pojęcia o co jej chodziło, zmarszczyłem brwi i chwilę się jej przyglądałem.
-Ja chce.
-Uwierz mi nie chcesz się mieszać w żadną relacje ze mną, oboje tego nie chcemy.
-Kate o co ci chodzi? Jeżeli uznasz, że jednak do siebie nie pasujemy to... -spuściła wzrok. -Kate czy ja ci się podobam? Spójrz na mnie. -złapałem ją na podbródek.
Moje ego było teraz na najwyższym poziomie. Za poderwanie A.K. powinienem dostać Nobla.
-Spieprzaj. -odepchnęła mnie i odeszła. 

*****
SIEMSON!!
Jak życie?
so sorry, że nie było rozdziału w tamtym tygodniu.
ale jest teraz.
i będzie też jutro
jak zostawicie komentarz 
he
fajnie by było gdybyście napisały do której klasy chodzicie
bo jestem ciekawa
pozdrawiam
-KATEMONSTER xx

środa, 7 grudnia 2016

40.

Obudziłam się przez koszmar. Śniło mi serio, że Will się dusił więc pobiegłam do niego. Na szczęście, gdy otworzyłam drzwi słodko spał. Odetchnęłam z ulgą, zabrałam telefon, który ciągle wibrował po czym wyszłam.
-Tak? -spytałam zaspana.
-O, siema, ty pewnie jesteś Rose? Mam na imię Carlos, jestem znajomym Willa.
-Cześć, kojarzę cię. Will jeszcze śpi.
-Okay, niech zadzwoni do mnie jak będzie mógł.
-Jasne nie ma sprawy.
-A ogólnie... Jak on się czuję?
Miło, że spytał.
-Jest osłabiony i ogólnie nie najlepiej, ale z dnia na dzień będzie mu się poprawiać. -wytłumaczyłam z uśmiechem, którego i tak nie mógł zobaczyć.
-Dobrze, to...
-Zadzwoni do ciebie.
-Dzięki, na razie.
Dzień minął strasznie nudno. Will ciągle spał, nasi rodzice byli w pracy, a ja odbierałam telefon Loczka.
Na szczęście od nudy uratowała mnie A.K. Zawsze to lepiej oglądać głupie seriale z kimś niż samej.
-Jutro cię porywam, więc rezerwuj sobie czas.-oznajmiłam pakując sobie łyżkę lodów do buzi.
Planowałam niespodziankę dla niej już od dawna niestety nie miałam jak zrealizować mojego planu. W sumie dobrze się złożyło, bo ma urodziny.
-Gdzie? -spojrzała na mnie surowym wzrokiem.
-W dupę koleżanko. Zobaczysz.
-Ro, błagam powiedz, że to impreza. Zasłużyłam sobie po tych tygodniach pocieszania cię.
-Błagam nie mów do mnie Ro...
-Hej moja żono! -krzyknął Will ze schodów.
-Poczekaj pomogę ci. -pobiegłam do niego i pomogłam dostać się na kanapę.
-Przystojny jak zawsze. -stwierdziła brunetka patrząc na zaspanego chłopaka.
-Nic nie mów. Jestem wykończony.
-Spałeś cały dzień!-krzyknęłam z kuchni. Zaniosłam mu leki i wodę, i wróciłam do kuchni odgrzać mu obiad.
-Ledwo siedzę.
-Willy połóż się. -powiedziała uwodzicielsko A.K. i coś zrobiła, ale stałam tyłem więc nie widziałam.
-Poczekaj aż wyzdrowieję, wtedy się tobą zajmę.
Potem słyszałam jakieś śmiechy, ale wolałam się nie odwracać, bałam się, że nie chce tego widzieć. Wieczorem dopytam Willa o co chodzi.
Nie, oni nie mogą razem... Nie.
Odwróciłam się gdy usłyszałam, że ktoś wchodzi do domu. A.K. wisiała nad Willem i nie mam pojęcia czy się całowali, bo jej włosy wszystko zasłaniały. Skrzywiłam się, a do pomieszczenia wszedł George. Spojrzał na nich, a potem na mnie.
-Synu, wiesz, że twoja męskość nie działa tak jak powinna? -powiedział, a gdy A.K. od niego odskoczyła, dodał :-Sam ledwo stoisz, a co dopiero...
-Boże, tato! -krzyknął Will i cały czerwony usiadł prosto.
Mężczyzna odwrócił się do mnie i rozbawiony puścił mi oczko.
Próbowałam się powstrzymać, ale mi nie wyszło i wybuchłam głośnym śmiechem. Po pierwsze nigdy, przenigdy nie posądziłabym Georgea o takie żarty, a po drugie ta dwójka była konkretnie skrępowana.
-Mam dla ciebie prezent. -zdjął marynarkę i z korytarza przyniósł jakiś przedmiot. Na początku nie bardzo wiedziałam co to jest, ale gdy to rozłożył to już było oczywiste.
-Wózek inwalidzki? Nie jestem inwalidą. -stwierdził obrażony za wcześniejszy żart.
-Przyda ci się trochę powietrza, więc możecie iść na spacer.
-Może ci zadziała. -A.K. nawiązała do żartu Georgea. Myślałam, że umrę ze śmiechu.
Will obdarzył nas wszystkich surowym spojrzeniem co wywołało u nas jeszcze większy śmiech.
Odsunął się jak najdalej od dziewczyny i wlepił wzrok w telewizor.
Jacy mężczyźni są delikatni na tym punkcie.
-Kate weź rozłóż sztućce.
Zjedliśmy wszyscy razem obiad, oprócz mamy, która wraca wieczorem, i postanowiliśmy pójść na spacer.
Avril jest głupia, to nie nowość, usiadła na kolanach Willa, a ja ich pchałam, próbowałam biec, ale mimo, że oboje są chudzielcami dla mnie to było za dużo.
-Szybciej! -darła się na całe miasto.
-Staram się! Zjadłaś pół pieczeni!-puściłam wózek, ale zapomniałam, że tam jest górka i po chwili zaczęłam za nimi biec.
-Rose! Kurwa łap nas!! -A.K. zaczęła panikować i ja w sumie też. Kij z Avril, Will jest ledwo po operacji.
Dzięki bogu nie jechał żaden samochód, byłoby słabo. Złapałam ich i zatrzymałam na zakręcie tuż przed płotem.
A.K. zsunęła się na ulice i położyła plackiem.
-O ja... Aż się spociłam. -zaczęliśmy się śmiać, przerwały nam krzyki dobiegające ze skate parku. No oczywiście stałe miejsce spotkań znajomych Williama. Kilku chłopaków zaczęło biec w naszą stronę i wręcz rzucili się na Willa z krzykiem.
A.K. podniosła się i otrzepała. Trudno było ogarnąć co się dzieję byli tak podekscytowani tym, że w końcu go widzą. Billy, chyba tak miał na imię, zaczął pchać wózek w stronę skate parku a my biedne musiałyśmy iść za nimi.
Przysięgam zachowywali się jak małpy, krzyczeli, biegali i skakali dookoła niego.
-Dzicz. -stwierdziła A.K.
Ogólnie wszyscy ze skate parku zaczęli oklaskiwać Willa, a on czuł się lekko skrępowany, bolała go też głowa i było to widać. W tłumie widziałam też Charliego i Leo, poznałam jeszcze kilka osób w tym chłopaka, który dzisiaj dzwonił.
Gdy wszyscy umilkli i zaczęli wypytywać Willa, przyszedł czas na nas.
Razem z A.K. zaczęliśmy przedrzeźniać ich zachowanie. Patrzyli na nas jak na idiotki, ale my w sumie same miałyśmy ubaw. Wskoczyłam jej na plecy i zaczęłyśmy biegać dookoła.
W końcu się zmęczyła i weszła ze mną na plecach na rampę, siedział tam już Will, któremu pewnie pomogli wejść, Charlie, Devries, kilku znajomych ze starej szkoły, a jeszcze kilku jeździło wózkiem po rampach.
-Jak się czujesz? -nachyliłam się nad Loczkiem i pocałowałam go w policzek.
Trochę czułości po tej chorobie mu nie zaszkodzi.
-Boli mnie głowa, ale jest okay.
-Z tobą dzisiaj rozmawiałem, prawda? -odwróciłam się.
Hm, wysoki, brunet, przystojny.
Chcę takiego.
-Tak. -uśmiechnęłam się szeroko.
-Nie zadzwoniłaś. -wydął dolną wargę i wyglądał tak uroczo, że ja dziękuję.
-Wydawało mi się, że to Will miał do ciebie zadzwonić.
Ah, ja kokieterka.
-Za telefon od ciebie bym się nie obraził. -przejechał wzrokiem po moim ciele i chwilę za długo zatrzymał na biuście.
Nie, panu już dziękujemy.
-Ej Ro, umiesz na tym jeździć?-A.K. poniosła do góry deskorolkę.
-No jasne. -zabrałam ją, postawiłam na brzegu rampy, usiadłam i po chwili byłam już na dole. Usłyszałam śmiechy, wstałam i ukłoniłam się.
-Nie o to mi chodziło debilko. -A. uderzyła się ręką w twarz.
-Rosie boi się wszystkiego co ma koła. -zaśmiał się Devries.
-Nieprawda. -położyłam ręce na biodrach.
-Aha? Więc udowodnij.
-Nie muszę.
-Strach nie jest niczym złym.
-Wal się. -zabrałam deskę i weszłam na rampę.
-Może będę cię asekurował?
-Dzięki. Jak zjadę stawiasz mi pizze. Największą. -skierowałam się do niego.
-Rose ty umrzesz. -wtrącił się Will, ale go zignorowaliśmy.
-Stoi. -wystawił dłoń, a ja ją uścisnęłam.
-Będziesz jechał po tą pizze do Włoch.-uśmiechnęłam się cwaniacko i zaczęłam przygotowywać. Stanęłam na tym drewnie i kompletnie nie wiedziałam jak tym ruszyć.
-Musisz przenieść ciężar na pierwszą nogę.
-Co ty geniuszu? -zagrałam.
Pff, przecież to było oczywiste.
Noi tak zrobiłam i cholera... To był największy błąd w moim życiu. Drugi największy po byciu z tym idiotą.
Zaczęłam jechać w dół, a serce podeszło mi do gardła.
Darłam się.
Darłam się jakby obdzierali mnie ze skóry.
Słyszałam głupi, irytujący śmiech Devriesa. Gdy byłam już na dole zdałam sobie sprawę, że muszę przecież zahamować.
-Boże... Jak ja mam to zatrzymać?! -wydarłam się próbując wyprostować z pozy na"skayta".
Usłyszałam odpowiedzieć, ale Devries zamiast mówić prawie wyrzyguje słowa i jeszcze się śmieje jak głupi do sera.
Życie przeleciało mi przed oczami, gdy zobaczyłam ogrodzenie.
-Będzie zapierdalał na tej deskorolce po moją pizze, aż do Włoch.-zarzekłam zanim uderzyłam w siatkę, a potem z hukiem upadłam tyłkiem na ziemie.
Usłyszałam coraz głośniejszy śmiech za sobą.
Podbiegł do mnie Devries i pomógł wstać.
-Żyjesz? -spytał przez śmiech. Wytrzepałam się i spojrzałam na niego surowo.
-Największa z wszystkimi dodatkami.-burknęłam.-I dwa największe napoje. -zamyśliłam się. -Trzy. Fajnie żeby wszystko było podwójne.
Patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
Pewnie wyliczał ile to będzie go kosztować.
-Nie lubisz dodatków.
-Lubię jak płacisz więcej. -wzruszyłam ramionami, a on się zaśmiał.
-Możemy iść teraz. -stwierdził.
-Wolę z dostawą do domu. -zaczęłam iść w stronę reszty, ale złapał mnie za nadgarstek i odwrócił do siebie.
-Myślałem o naszej wczorajszej rozmowie... Jak mam ci udowodnić, że cię kocham, jeżeli ty nie chcesz się ze mną spotkać?! -prawie krzyknął, a ja przymknęłam powieki. Gdy je otworzyłam jego twarz złagodniała.
-To ty się zadeklarowałeś. Wymyśl coś. -próbowałam brzmieć stanowczo i mam nadzieję, że mi wyszło.
Spuścił na chwilę wzrok, a potem znów spojrzał w moje oczy.
-Pięć dni. -powiedział szybko, nawet nie zdążyłam załapać o co chodzi. W sumie to było takie z dupy, więc nie dziwię się sobie.
-Co? -zmarszczyłam brwi.
-Wystarczyło mi pięć dni, żeby zrozumieć, że cię kocham. Tobie też wystarczą. Udowodnię ci, że mnie kochasz. -z nadzieją ogarnął kosmyk moich włosów za ucho.
-Nie sądzę...
-Chce tylko pięciu dni. Jeżeli się nie uda dam ci spokój. -zachęcił mnie.
Po tych pięciu dniach będę miała od niego spokój. Wyczytał z mojej twarzy zgodę, więc kontynuował. 
-Jedna zasada, nie możesz powiedzieć "nie".
-Popieprzyło cię?! Wiem o co ci chodzi! -próbował krzyknąć szeptem, żeby nikt nie usłyszał.
Co za idiota.
-Obiecuję, że nic z tych rzeczy nie będę próbował.-położył dłoń na piersi.
Mam się zgodzić czy nie? Przecież jak będzie próbował mnie dotknąć czy coś to nikt mi nie zabroni uciąć mu rąk.
Z drugiej strony, czy robienie mu nadziei nie jest wredne?
-Rosalie?
Chyba za długo myślałam.
-Pięć dni. -zgodziłam się i odeszłam.
Podeszłam zadowolona do Charliego, Willa, A.K. i....
-Żyjesz. -zaśmiał się blondas.
-Ona jest jak karaluch, zawsze przeżyje. -dogryzł mi Loczek. -Trochę mi słabo. Możemy iść do domu?
-Jasne, Charlie weź mu pomóż.
Poszłam po wózek, jeszcze chwila i nie miałby kół.
Minęłam się z Devriesem, który z uśmiechem objął mnie w talii.
-Napisze jutro. -powiedział z uśmiechem i odszedł.
***
Wczoraj wieczorem dostawca przywiózł pizze taką jaką chciałam. Wyglądała okropnie, ale Will i A.K. wciągnęli całą.
Powiedziałam im o propozycji Devriesa i zostałam zjechana po całości.
Will jako tako starał się być spokojny, za to A.K. nie kryła się z oburzeniem i szczerą nienawiścią do Devriesa.
Została u mnie na noc i ciągle mówiła o tym jak marnuje swój czas na niego.
Dziś ma urodziny i musiałyśmy wstać o 5, żeby ogarnąć się i iść na pociąg, w którym dokończyłyśmy swoje makijaże.
-Możesz mi powiedzieć, po co przyszłyśmy do więzienia dla ćpunów? -spytała, gdy zobaczyła tabliczkę na budynku.
-To ośrodek pomocy dla osób uzależnionych. -poprawiłam ją.
-Jak zwał tak zwał. Wiesz, że wkurwiają mnie tacy ludzie.
Prawda, Avril nienawidzi narkotyków i ludzi, którzy je biorą. Nie dziwię się jej.
-Daj spokój.
-Nie będę wolontariuszką. -oznajmiła, gdy weszłyśmy.
Od razu rzuciła się na krzesła, a ja poszłam do recepcji.
-Odwiedziny do Michaela Lancastera.
-Mhm.-kobieta sprawdziła coś w komputerze. -Rosalie Nixton? Mogę twój dowód?
Podałam jej legitymacje, na którą tylko rzuciła okiem.
-Dobrze, zostawcie swoje rzeczy w szatni, ochroniarz was zaprowadzi.
-Nie mogę mieć torby?
-Niestety. Szatnia jest tam. -wskazała palcem, a ja zgarnęłam A.K. i poszłyśmy tam.
-Dobra, mów mi o co do kurwy chodzi? -założyła ręce na piersi, gdy wkładałam snickersy do stanika.
-Nie gadaj, tylko odłóż torbę.
-Jesteś tu wolontariuszką? Wiesz, mam urodziny i wolałabym coś wypić.
-Jasne jasne, chodź. -pociągnęłam ją za rękę i poszłyśmy do ochroniarza, który zaprowadził nas do świetlicy.
-Ugh, stado ćpunów. -westchnęła, gdy weszłyśmy do pomieszczenia.
Wyglądało to źle. Ludzie wyglądali jak wraki ludzi; bladzi, rozczochrane włosy, wykonujący tiki nerwowe, machali nogą, stukali palcami o blaty stołów, niektórzy chodzi w kółko.
Widać, że są na głodzie.
W końcu zobaczyłam Micha, który wstał, gdy tylko mnie zobaczył, ale gdy zobaczył A.K. mina mu zrzedła.
Zaczęłam ciągnąć ją w tam tą stronę, ale gdy zobaczyła, kto tam stoi zatrzymała się.
-Ro... Czy...
-Tak Avril, dobrze myślisz. -uśmiechnęłam się szeroko.
-Nie mów do mnie Avril. -warknęła ciągle patrząc na chłopaka.
Powoli podeszłyśmy do niego. Patrzyli na siebie jak w obrazki. A.K. miała nawet łzy w oczach, a ja byłam z siebie dumna jak nigdy.
-Michael?-załamał się jej głos, co było wręcz wzruszające.
Chłopak tylko podszedł do niej i mocno przytulił do siebie głaszcząc jej włosy.
-Przepraszam Avril.
Wytarłam łzy i przyglądałam się im z uśmiechem.
-Nienawidzę cię chuju. -zachlipała, a on cicho się zaśmiał. -Zostawiłeś mnie samą. Jak mogłeś? -odsunęła się od niego, tylko by dokładnie się mu przyjrzeć.
-Ja... -podrapał się po karku. -To było trudne. -znów ją przytulił. -Tęskniłem.
To było takie... Oh. Nie da się nawet tego opisać. Za to A.K. była maksymalnie wkurwiona. W ciągu sekundy rzuciła się na niego z pięściami.
Chłopak nie bardzo wiedział jak ma zareagować, bo jak ona uderzy to faktycznie boli.
-Kate uspokój się. -złapał ją za nadgarstki. Biedna była cała zapłakana, pierwszy raz widziałam ją w takim stanie.
-Dlaczego mnie zostawiłeś?! Nawiedzę cie. -zaczęła płakać już na dobre, a on znów ją przytulił.
-Avril... Starzy mnie wyrzucili, miałem problemy, ćpałem... Nie chciałem, żebyś mnie takiego widziała.
-Ale widziałam. Cały czas myślałam o tym, że pewnie leżysz gdzieś naćpany albo martwy. Tak. Myślałam, że nie żyjesz. Nie dawałeś znaku życia. Dlaczego mnie zostawiłeś?
Nie dostała odpowiedzi i prawdopodobnie nigdy jej nie dostanie, bo sam Michael jej nie zna.
Usiedliśmy przy jednym ze stolików, a w tle leciała muzyka klasyczna.
-Przemyciłam ci snickersy w staniku. -oznajmiam żeby rozluźnić atmosferę.
-Dzięki.
-Nie ma za co. -uśmiechnęłam się i podałam mu je pod stołem. Prawdopodobnie schował je za gumkę spodni.
-Nie... Za wszystko. Cieszę się, że zadzwoniłaś na policję. Nie chce już brać. -Posłałam mu ogromny, szczery uśmiech. -Jak z Wille?
-Dzięki twojej siostrze żyje. Namówiła go do operacji, co prawda w stylu Kate, nielegalnej i ryzykownej. Udało się. -uśmiechnęłam się sama do siebie.
Denerwowali mnie, Mich patrzył na siostrę z takim bólem, że aż ja go poczułam, a ona przekręcała swoje pierścionki na palcach. Ani słowa. 
Mają sobie tyle do powiedzenia, ale ani słowa.
-Idę do łazienki. -wstałam i spojrzałam porozumiewawczo na chłopaka.
Niech sobie gadają.
***
*Kate*
Dziś muszę się napić. Porządnie napić.
Ogarnęłam się i postanowiłam pójść do klubu. 


Alkohol sprzedają wszystkim, liczą się tylko pieniądze. Poprosiłam o butelkę kolorowej i poszłam do jednej z loż.
Byłam już po paru kieliszkach i szło już jak woda.
-O proszę, kogo ja tu widzę? -odwróciłam się w stronę z której dobiegał głos i modliłam się do Boga, żeby to nie był jakiś upierdliwy typ, bo towarzystwo to ostatnie czego chciałam.
Nigdy nie byłam wierząca.
-Spierdalaj Charlie. -warknęłam i odwróciłam głowę do kieliszka.
-Ty nie masz przypadkiem urodzin? -usiadł obok mnie.
-Mam. -oparłam policzek na dłoni. -Ro potrafi robić niespodzianki.
-O czym ty mówisz?
-Wiesz kto to Michael? Ten ćpun? To mój brat. Wyprowadził się jak miałam jedenaście lat, zostawił mnie dla narkotyków, kurwa...
-Teraz się leczy, ponoć to spoko gość.
-Nawet bardzo spoko. -odwróciłam głowę w jego stronę. -Nie chce go nienawidzić.
-Więc nie rób tego.
-Nie rozumiesz. Muszę się napić.
-Jesteś już pijana.
-Tak? Bo chcę się napierdolić jak nigdy. -nalałam sobie kieliszek i wlałam do gardła.
-W takim razie poczekaj wypijemy twoje zdrowie.
Blondyn na chwilę zniknął by pojawić się z kieliszkiem.
-Zdrowie jubilatki. -unieśliśmy kieliszki, które uprzednio wypełnił.
Po paru kolejkach byłam już kompletnie pijana, oboje byliśmy, bo rozmawialiśmy jak starzy przyjaciele.
-Powiedz mi Charlie czemu taki gwiazdor jak ty nie ma dziewczyny?-zarechotałam i oparłam się na jego ramieniu.
-Po tym jak jedna cię zdradzi, a druga jest z twoim przyjacielem, na prawdę nie masz ochoty na związki.
-O matko. -zakryłam dłonią usta, co pewnie wyglądało mega sztucznie.-Mówisz o Rose? Niemożliwe.-napełniłam nasze kieliszki, które wypiliśmy.
-No wiem. -powiedział emocjonalnie. -Nie wiem, jakoś tak... Podobała mi się, dobrze spędza się z nią czas.
-Pf, to takie idiotyczne... Wiesz z iloma osobami dobrze spędza mi się czas?
-Oh przestań, nie znasz się.
-Ja się nie zna?!. -stuknęłam się palcami w klatkę piersiową.-Ja się nie znam?! Błagam... Gdyby ci się podobała nie pomagałbyś temu debilowi w odzyskaniu jej. -machnęłam ręką.
-Może po prostu jestem dobrym przyjacielem? -uniósł brwi.
-Może po prostu kochasz ją jak przyjaciółkę? -przedrzeźniłam go. -Durniu...
-Nie wiem już sam. W każdym razie mój przyjaciel ją kocha.
-Nie mów mi o nim, bo się porzygam.
-Jesteś... Dziwna. -stwierdził.-Jesteś suką.-spojrzałam na niego groźnie. -Przyznaj sama. -w sumie to ma trochę racji, więc kiwnęłam głową. -No.
-Chciałeś mi powiedzieć, że jestem suką?
-Nie wiem co chciałem powiedzieć. -stwierdził z czkawką.
-Idiota.
Charlie napełnił nasze kieliszki, które po chwili znów były puste.
Oparłam policzek na pięści żeby móc patrzeć na blondyna. Zrobił to samo, przez co nasze twarze były blisko siebie. Zaśmiałam się, bo poruszył znacząco brwiami.
-Co? -spytałam próbując ukryć uśmiech.
-Nic. Mam na ciebie ochotę. -oznajmił i w ciągu sekundy byłam już na jego kolanach wymieniając się z nim śliną. -Bijesz facetów... Mam się bać? -spytał rozbawiony, na chwilę się odsuwając.
-A boisz się? -pokręcił głową. -Biję tylko chłopców. -wbiłam się w jego usta i docisnęłam do siebie nasze biodra wywołujące tym jego jęk.
-Jesteś dziewicą? -przyniósł usta na moją szyję.
-Nie.-przegryzłam wargę. -Do ciebie czy do mnie?
-Do mnie. -oznajmił i wstał stawiając mnie na ziemi. Przysięgam w tym momencie byłam tak na niego napalona, że gdybym go zgwałciła nie byłoby to dziwne. 
Złapałam go za rękę i razem wyszliśmy z klubu.
-Zadzwonię po taksówkę. -oznajmił i szybko wyjął telefon. -Kurwa. -powiedział pod nosem.
-Szybko. -pociągnęłam go za koszulkę i przyssałam się do jego szyi.
W końcu dodzwonił się, a ja żeby było śmieszniej ugryzłam go. Syknął i w zamian uderzył mnie w pośladki.
W taksówce było okropnie. Dzieliło nas pół metra, a napięcie było nie do wytrzymania.
Droga dłużyła się i dłużyła, ale musiała się skończyć.
Mieszka niedaleko Ro.
Chłopak zapłacił i prawie wyskoczyliśmy z pojazdu żeby znów zacząć się całować.
-Idź szybciej. -szepnął w moje usta.
-Nie mogę, mam obcasy. -w odpowiedzi podniósł mnie do góry, więc owinęłam nogi wokół jego pasa.
-W tylnej kieszeni mam klucze.
Ledwo sięgając, wyjęłam je i podałam chłopakowi, który otworzył drzwi w mgnieniu oka.
-Jest ktoś  w domu?
-Mama, śpi jak zabita, ale na wszelki wypadek cię zaknebluje. -pocałował mnie zachłannie. -Lubisz perwersje w łóżku? -spytał z cwaniackim uśmiechem, gdy byliśmy na schodach.
-Idiota. -przekręciłam oczami i złączyłam nasze usta. Próbowałam z nim walczyć o dominację, ale on sprawdzał się w tym tak dobrze, że poddałam się niemalże od razu.
Nawet nie zorientowałam się kiedy znaleźliśmy się w jego pokoju, a on usiadł na łóżku ze mną na kolanach.
Nie bawiliśmy się w to całe "jesteś pewna?" po prostu zdjęłam jego koszulę mało nie wyrywając guzików. Czułam jak zdejmuje buty więc zrobiłam to samo, rzucjąc je gdzie popachnie. Nawet się nie zorientowałam kiedy nie miałam już na sobie bluzki, a Charlie całował mój dekolt.
Drażnił moją skórę językiem, a gdy dotarł do materiału zrobił mi malinkę na piersi.
Jego ręce wsunęły się pod materiał spodni.
Postanowiłam nie siedzieć tak bezczynnie i mu też dać trochę przyjemności. Rozpięłam jego spodnie i złapałam w dłoń jego twardego członka. Blondyn syknął wyrzucając głowę w tył. Zeszłam z jego kolan, zdjęłam spodnie kręcąc przy tym biodrami, to samo zrobił chłopak nie odrywając ode mnie wzroku.
-Chodź, bo dojdę od samego patrzenia. -powiedział zachrypniętym głosem wywołując ciarki na moim ciele.
Zaśmiałam się widząc, że jego bokserki pękają w szwach. Podeszłam musnęłam jego wargi, a palcem wodziłam po jego wybrzuszeniu, śmiejąc się w duchu z jego jęków.
-Kate, cholera, nie drocz się, bo się odwdzięczę. -zagroził.
-Okay, okay.-ostatni raz go pocałowałam i wsunęłam dłoń pod jego bokserki.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemson Kluchy!
Pozdrawiam osobę, która podpisuje się "Edi",która jako jedyna się zorientowała, że Michael i A.K. to rodzeństwo. Brawo. (;
Jak się podoba rozdział? oczywiście napiszcie w komentarzu XD
A.K. i Charlie? ^^
Jak myślicie? Pasują do siebie, czy to wybryk jednej nocy? XD kocham to jak to brzmi.
Pozdrawiam bardzo cieplutko
-Kate xx

czwartek, 1 grudnia 2016

39.

-Mów o co chodzi? -rozkazałam, a on spojrzał na mnie beznamiętnie, ale wiedziałam, że coś się kryje za tym wzrokiem.

Devries się tak nie zachowuje, coś jest nie tak...
-Nic, jestem zmęczony, jasne?! -warknął i włączył dźwięk. 
-Dlatego oglądasz reklamy? 
-Chcę oglądać reklamy to sobie oglądam. 
-To oglądaj, ja jadę do Willa. -wstałam, ale szybko zostałam przyciągnięta za rękę na jego kolana. 
-Nigdzie nie idziesz. Możemy się poprzytulać. -lekko się uśmiechnął. 
Widzę, że coś jest kurwa nie tak, a ten dalej swoje. 
Może dla Willa się pogorszyło. 
-Byłam pijana. -zeszłam z niego i usiadłam obok. 
-Po prostu usiądź i siedź. Daj mu trochę czasu ze znajomymi. 
Widzę, widzę w jego oczach, że kłamie. 
Może okłamać wszystkich, ale nie mnie. 
Więc tak się bawimy. 
-Może masz rację. Jestem trochę zmęczona, więc może się położymy?-próbowałam brzmieć uwodzicielsko i chyba zadziałało, bo prawie mu oczy na wierzch wyszły. 
-Jasne... No pewnie.
Odsunęłam się na koniec kanapy ciągle na niego patrząc i pociągnęłam go za rękę żeby się położył. Gdy to zrobił wtuliłam policzek w jego klatkę piersiową i zarzuciłam na niego nogę. Wziął to na poważnie, zabrał moją rękę z jego brzucha. 
-Zawsze masz takie zimne ręce. -pocałował ją i spowrotem położyłam dłoń u dołu jego brzucha. 
Chciałam się jeszcze pobawić jego kosztem, ale stwierdziłam, że jak się napali to nie zaśnie. Trochę mi nie na rękę. 
Szybko zasnął, gdy przestał jeździć palcem po moim ramieniu, oddech się unormował a serce przestało walić jak oszalałe podniosłam się powoli. 
Tak jak mówi Avril faceci to jednak są głupi i wystarczy trochę pokokietować. 
Założyłam byty, wzięłam torebkę i chciałam iść jeszcze po bluzę, ale usłyszałam jak Devries przewraca się na kanapie, więc wybiegłam na autobus. 
Obdzwoniłam chyba wszystkich Willa, mamę, Georgea, Charliego, ale nikt nie odebrał i zaczęłam się poważnie martwić. Devries do mnie dzwonił, ale w tym momencie miałam go głęboko w dupie. 
Do szpitala prawie wbiegłam, co było dziwne, te babsko z recepcji nie chciało mnie wpuścić a nawet powiedzieć o co chodzi. 
Zrobiłam to co za pierwszym razem czyli jak wyszła na moment wkradłam się na oddział. 
Przebiegłam przez korytarz i zatrzymałam się ze łzami w oczach przed szybą sali Willa. Właśnie się spełnił mój koszmar: sala była pusta, a łóżko było idealnie ułożone. 
Nie wiedziałam co mam robić pobiegłam do recepcji gdzie była już kobieta. 
-Jak ty tam weszłaś?! Proszę opuścić szpital, bo zadzwonię po ochronę. 
-Will... Will Turner, gdzie on jest? Przenieśliście go? -wyjąkałam.
-Proszę wyjść  bo wyprowadzi panią ochrona. 
Nic by mi nie powiedziała, więc wyszłam i zadzwoniłam do Leo. Odebrał prawie od razu. 
-Jesteś w szpitalu? 
-Gdzie on jest?! Dlaczego nikt ode mnie nie odbiera?! Co się dzieję?! -wydarłam się i usiadłam na schodach. 
-Spokojnie, już do ciebie idę. -odłożyłam telefon i schowałam twarz w dłonie. 
Nie, on nie może... Nie pożegnałam się z nim. Płakałam jak dziecko a przechodni aż odwracali się za mną. 
-Rose! -podniosłam głowę i zobaczyłam Devriesa biegnącego w moją stronę. 
Wstałam i podeszłam do niego. 
-Ty idioto! -uderzyłam go pięściami w klatkę piersiową. -Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?! -uderzyłam go kolejny i kolejny raz. -Nienawidzę cię.-załamałam ręce.
Chłopak przytulił mnie mocno do siebie a ja nie miałam siły protestować. Płakałam jak bachor w jego bluzę. 
-Rose, Will jest w innej klinice. -oznajmił a ja spojrzałam na niego z nadzieją. Czekałam, aż powie, że on żyje i ma się dobrze, ale tego się nie spodziewałam. -Operują go. 
-Jak to? Przecież nie mogli. 
-No właśnie... Ta operacja jest jakby... Nielegalna. Znajomy Georgea zgodził się podjąć operacji. 
-Mówili, że nie przeżyłby operacji. 
Chłopak spuścił wzrok i znów przytulił moją twarz do siebie. 
-Ma trzydzieści procent szans. 
Serce mi stanęło. 
-Trzydzieści procent szans to prawie nic. Trzydzieści procent szans to nie sto, nawet nie sześćdziesiąt. To mniejszość. 
Znów wybuchłam płaczem. Dlaczego mi nie nie powiedział. Nikt nic mi nie powiedział. 
-Nie płacz. 
-Odczep się! Chcę płakać! Chcę usiąść i płakać. Nawet nie daliście mi szansy się z nim pożegnać!-odepchnęłam go, ale się nie dał. 
-Więc płacz. Usiądźmy razem i już opłakujmy jego śmierć. Rose... On nie umrze rozumiesz, mnie? -złapał moją twarz w dłonie i spojrzał w moje oczy. -Nie ma nawet takiej opcji. 
-Skąd ty to możesz wiedzieć? 
-Wiem i tyle. To jest Will, myślisz, że by zostawił cię samą? On się nie da. Nigdy. Nie umrze rozumiesz? -wytarł moje oczy i lekko pokiwałam głową. -Powtórz.
-Will nie umrze.-powiedziałam pewnie.-Zabierz mnie tam. 
Leondre zadzwonił po Charliego, który przyjechał po kilku minutach. 
Był tak zdenerwowany, że jego policzki były całe czerwone. 
Nie odezwał się całą drogę do kliniki, która był kilka ulic dalej. Wbiegłam do niej pierwsza, była bardzo mała więc od razu zobaczyłam naszych rodziców. Podeszłam od razu do Georgea, który całą chorobę syna przechodził tak samo ciężko jak ja. 
-Rosalie
-Will da radę, George.-powiedziałam pewnie. 
-Musi. -pogłaskał mnie po plecach. 
Odsunęłam się, nie był tak jak zawsze w idealnie układającym się garniturze. Miał pogniecioną koszulę z rękawami podciągniętymi do łokci. 
Odwróciłam się w stronę gdzie wszyscy patrzyli. Była tam szyba na salę operacyjną. Łóżko na którym ,jak można się domyślić, leżał Will było zasłonięte zieloną płachta a przez nią było widać cienie trojga osób. 
Cała klinika wygląda jak budynek w którym znajduję się mój dentysta, za to sala była jak najbardziej profesjonalna. 
Wytarłam łzy i usiadłam na jednym z krzesłem obok Charliego. Uśmiechnął się do mnie smutno, widziałam że sam jest blisko płaczu, więc złapałam go za rękę. 
Po tym co mi powiedział Devries jestem pełna nadziei. 
Czekaliśmy trochę ponad godzinę, potem wyszedł lekarz, a wszyscy wstaliśmy w tym samym momencie. 
-Jest dobrze. Udało się.-powiedział dumny. 
Ciężar spadł mi z serca. Uśmiechnęłam się tak szeroko, że kąciki ust mnie zabolały. Rzuciłam się na Charliego i Leo mocno ich przytulając. 
Nic nie mówiłam a łzy szczęścia same poleciały z oczu. 
-Boże, kocham tego debila. -zaśmiałam się sama do siebie. Odsunęłam się od nich i spojrzałam w głąb sali. Płachta była już odsłonięta i było widać Willa podłączonego do różnych urządzeń, głowę miał owiniętą bandażami, ale wiedziałam, że już wszystko jest dobrze. 
-Kiedy się obudzi? -spytałam nie mogąc powstrzymać emocji. 
-Najszybciej jutro, ale organizm jest wykończony, więc obudzić się może równie dobrze za kilka dni. Oczywiście może tu zostać do tego czasu, ale nie mówicie nikomu. Nie chcę mieć problemów. 
George podziękował przyjacielowi, który musiał iść się umyć po operacji, a my cieszyliśmy jak dzieci. 
Klinika była dziś zamknięta ze względu na nielegalną operację. 
Stwierdziliśmy że to uczcijmy i zamówiliśmy pizze, którą zjedliśmy na ziemi w korytarzu. Pierwszy raz od dawna atmosfera była luźna. Siedzieliśmy do późna, a na noc zostałam z Georgem. Dziwnie było spać na fotelu zabiegowych, który przynieśliśmy do sali Willa. 
Obudziło mnie coś co uderzyło mnie w twarz. Zabrałam materiał z twarzy i przetarłam oczy. 
-Tak fajnie śpisz... Może powinniśmy wziąć ten fotel do domu. -usłyszałam dobrze znajomy mi głos zerwałam się i rzuciłam na Willa.-Też cię kocham maleńka. -pogłaskał mnie po głowie. -Hej ty płaczesz? -spojrzał na mnie. 
-Wrócisz już do domu durniu. -wytarłam łzy. 
-Dlaczego mój stary wygląda jak strażnik? -zaśmiał się a ja spojrzałam na mężczyznę, który spał na krzesełku przy drzwiach z złożonymi rękoma.
-Jak się czujesz? -wstałam przypominając sobie, że jest przypięty jakimiś kabelkami do jakiegoś urządzenia. Nie mam pojęcia co to jest. 
-Głowa mnie strasznie boli. 
-Może zadzwonię do tego lekarza? -przestraszyłam się. 
-Daj spokój nie mam już tego gówno w głowie! -zaśmiał się. -Możesz dać mi wody, strasznie chcę mi się pić. -poprosił a ja wyjęłam butelkę z torby którą pewnie przygotowali nasi rodzice.
-Nie patrz tak na mnie. -oddał mi butelkę. 
-Po prostu się cieszę. Skąd w ogóle ten pomysł? Z operacją? 
-Zaproponował to znajomy mojego ojca, na początku było to absurdalne, bo szanse były niewielkie, a wiesz kto mnie przekonał? A.K. Powiedziała, że do stracenia mam kilka dni życia, a do zyskania całe życia. Cieszę się, że mnie namówiła. Wiem, że się we mnie podkochuje. -przekręcił oczami, a ja się zaśmiałam. 
-Od dzisiaj może jeść u nas codziennie. 
-Tak. Jak w ogóle się dowiedziałaś? 
-Za to cię zabiję. Nigdy bym sobie nie wybaczyła gdybym się nie pożegnała. 
-Teraz jest już dobrze. Będę ci gotować....budzić do szkoły...-przedrzeźnił mnie. 
-Kocham cie Will. -uśmiechnęłam się szeroko. 
-Ooo ja ciebie też. Budź ojca chcę do domu. 
Tak zrobiłam, obudziłam Georgea, który zadzwonił po swojego kolegę, żeby przebadał Willa, a ja pojechałam do domu szykować imprezę powitalną. 
Nie miałam czasu nic zrobić więc z mamą zamówiłyśmy pizze, a Charlie pozapraszał jego znajomych. 
Było z piętnaście osób czekaliśmy aż w końcu przyjedzie, długo czekaliśmy... I w końcu przyszedł. Loczek wszedł z obandażowaną głową z pomocą swojego ojca, a wszyscy zaczęliśmy krzyczeć i klaskać. Biedny został wyściskany przez wszystkich, aż prawie się popłakał. Prawie wszyscy byli już pełnoletni więc wypiliśmy szampana, mama nie miała mi tego za złe. Biedny Will przyglądał się nam z pragnieniem. On oczywiście musi jakiś czas stronić od takich rzeczy. 
Wszyscy byli zajęci Willem, który jak na przesłuchaniu odpowiadał na pytania. 
Po kilkunastu minutach drzwi frontowe trzasnęły z wielkim hukiem i wszyscy umilkli. Była to jedyna osoba, której brakowało. 
-Siema, przyszłam na obiado-kolację! -Wrzasnęła na cały dom i weszła do salonu z jakimś kartonem. -O proszę mój łysy przyszły mąż. -wszyscy się zaśmiali. 
-Moja przyszła żona. Chodź do mnie, chyba nie dam rady wstać. -A.K. oddała pudełko Charliemu i usiadła na kolanach Willa, który ją przytulił. 
-O, Rose, zobacz co jest w pudełku. 
Powoli podeszłam, bo od razu pomyślałam, że to jakiś żart i jest tam coś co zostawił pan Frankie. To zdecydowanie w stylu A.K. 
Charlie opuścił je trochę w dół, a ja zobaczyłam w środku kilkanaście torebek z niebieskimi rybkami. Spojrzałam uśmiechnięta od ucha do ucha na Willa. 
-Obiecałem, że kupię piętnaście Bobów. -puścił mi oczko i zaczął opowiadać historię o Bobie samobójcy, a ja zażenowana zabrałam pudełko i zaniosłam do pokoju Willa. To akwarium które kupiłam jest stanowczo za małe. 
-George mi to dał. -odwróciłam się do drzwi, gdzie stał Devries z wielkim akwarium w rękach. 
-O tym właśnie myślałam. -uśmiechnęłam się i pokazałam ręką żeby postawił je na parapet. 
-Wiesz... Za to wszystko coś mi się należy. -odłożył je, a potem zamknął drzwi. 
-O co ci chodzi? 
-No wiesz... Wtedy na imprezie... Wczoraj. -poruszył brwiami i zrobił krok w moją stronę. 
-Jeszcze krok, a zacznę krzyczeć. -powiedziałam przestraszona. Nie miałam pojęcia do czego on jest zdolny. 
Gdy tylko to powiedziałam jego oczy powiększyły się dwa razy. 
-Mmyślisz, że mógłbym coś ci zrobić? -za jąkał się. Nie był ani pewny siebie, ani agresywny, raczej smutny. 
-Oboje dobrze wiemy jaki jesteś. 
-Zmieniłem się. -odpowiedział szybko natarczywie patrząc mi w oczy. 
-Nigdy w to nie uwierzę. -prychnęłam.
-Pokaże ci. 
-Nie chcę, mam gdzieś to czy się zmieniłeś czy nie, bo nie mamy ze sobą już nic wspólnego. 
-Oprócz przeszłości i tego, że cię kocham. 
-Tą miłość to ty chyba sobie uroiłeś. Wiesz co o tym myślę. 
-Pokaże ci. -zacisnął wargi i wyszedł.
Nie myślałam nawet nad tym przełożyłam rybki do akwarium i je nakarmiłam. 
Gdy zeszłam na dół była już tylko A.K., która obrzerała się pizzą, Will i nasi rodzice. 
-O a gdzie wszyscy?
-Stwierdzili, że Will musi odpocząć i wpadną kiedy indziej. 
-O miło z ich strony. 
-No, zostawili mi pizze.- wybełkotała z pełnął buzią A.K.
-Zjesz jeszcze jeden kawałek to pękniesz. 
-Nigdy mi się nie zdarzyło. 
Usiadłam obok Willa i przytuliłam się do niego, a on wsadził nos w moje włosy. 
-Pomożesz mi wejść na górę?-poprosił więc wstaliśmy, objęłam go w pasie i zaprowadziłam do pokoju. A.K. krzyknęła, że zabiera pizze i poparta śmiechami naszych rodziców wyszła. 
-Wyjmę ci jakieś ciuchy na przebranie.
-Dzięki strasznie chce mi się spać. Pomożesz mi się umyć? 
Widać było, że to dla niego żenujące, prosić o to wszystko, ale nie powinno, przecież jest tuż po opresji, tak na prawdę powinien być w szpitalu. 
-Jasne. Wstawaj. -pomogłam mu i poszliśmy do łazienki. W czasie gdy brał prysznic siedziałam tyłem do niego na muszli klozetowej, a gdy udało mu się założyć bokserki pomogłam mu się wytrzeć. 
Strasznie schudł widać jego żebra, obojczyki, a brzuch zrobił się wręcz wklęsły. 
Teraz już będzie tylko lepiej. 
Z moją małą pomocą ubrał resztę ubrań. 
-Dzięki. 
-Nie ma za co, zrobiłbyś dla mnie to samo. -posłałam mu szeroki uśmiech. 
-Jeżeli masz problem to mogę pomóc ci się przebrać. -poruszył brwiami. 
-Oblech. Umyj zęby, bo ci z mordy jebie. -wyjęłam szczoteczkę i pastę.
-O-ou
-Co? 
-Robisz się taka jak A.K.
-Straszna? -zaśmialiśmy się.
-Wulgarna. 
-Ty też jesteś wulgarny. 
-Byłem. Już nie jestem. -powiedział dumny. 
-Więc nadrabiam za ciebie. Mogę ci umyć zęby?
-Możesz, ale pamiętaj żeby użyć pasty a nie kwasu solnego. -zaśmiał się i pomogłam mu usiąść na wannie. 
Było to zabawne, pasta ciekła mi po twarzy a ja próbowałam ją wytrzeć ręką, bo ręcznik był trochę daleko. 
-Wyglądasz jakbyś miał wściekliznę. -zaśmiałam się, a on w odpowiedzi prychną więc kropelki piany wylądowały na mojej twarzy. 
-Ugh, jesteś okropny. Koniec.-podałam mu kubek z wodą, a on wypłukał usta. 
-Mycie zębów jednak może być zabawne.
-Tak, jak tylko poczujesz się lepiej to dostaniesz nauczkę. -pomogłam mu wstać i poszliśmy do jego pokoju. 
-Nie boję się ciebie. 
-Zadzwonię po A.K.-chłopak spojrzał na mnie przerażony. 
-Nie zrobisz tego. -pokręcił głową. 
-Zrobię. 
-Kto to słyszał żeby żona biła męża?!-wybuchliśmy śmiechem. 
-W przypadku Kate pewnie tak będzie. 
-Muszę się porządnie zastanowić przed ślubem. 
-Ty się zastanawiaj, a ja idę się umyć. 
-A myślałem, że już nigdy więcej nie będę w tym domu... Idź szybko i może obejrzymy jakiś film? 
-Jeżeli nie jesteś zmęczony to okay. 
Umyłam się chyba w pięć minut, niestety Will już spał więc przykryłam go i poszłam do siebie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemson! 
Sprawdziłam tylko co trzecie zdanie, więc so sory za błędy.
Noi..... ALE WAS WROBIŁAM CO? xxDD
MYŚLELIŚCIE, ŻE TYP UMRZE, CO? ZE MNIE TO JEDNAK DOBRY ŻARTOWNIŚ xd
oke, so sorry wszystkich, którym powiedziałam, że z Willem koniec :D
Dobra, rozdział z błędami dlatego, że jutro mam sprawdzian z angielskiego, trzymajcie kciuki!
Ogólnie. co u was?
Love
-Kate xx