środa, 21 grudnia 2016

41.

*ROSE*
Siedziałam wieczorem przed telewizorem, Will spał więc trochę się nudziłam. Mama robiła ciasto, a wydychanie tych zapachów doprowadzało mnie do szału.
Devries chyba się wycofał, bo nie zadzwonił ani nic. W sumie dobrze, zaraz pójdę się umyć i spać. Dzień był ciężki: była u mnie A.K. i z Willem słuchaliśmy jej żali. Chłopak nieźle się zdziwił pokrewieństwem jej z Michaelem. Avril niby jest zła za to, że tylko go nie było w jej życiu  ale widać też, że cieszy się jego powrotem.
Will-romantyk dał jej piękny wisiorek z przywieszką znaku "karmy", A.K. w to wierzy, i powiedział, że jak poczuje się lepiej to zabierze ją gdzieś. Jest jej wdzięczny za namówienie do tej operacji.
Miałam już iść na górę i jak na zawołanie dostałam wiadomość od Devriesa.
Boisko szkolne.
Oh, tak daleko?
Wzięłam bluzę, gaz pieprzowy i wyszłam.
Było już ciemno, ale od choroby Willa niczego bardziej się nie bałam.
Byłam już w dziesięć minut. Na środku boiska stał Devries w spodenkach koszykarskich, bluzie i piłką w ręku.
-Myślałem, że cię porwali! -krzyknął gdy przekroczyłam bramę.
-Nieśmieszne. -podeszłam bliżej, a on wyciągnął rękę pewnie z myślą, że go przytulę. -Boisko, serio? -tylko uniosłam brwi.
-Nawet mnie nie przytulisz?
-Dlaczego miałabym?
-Bo tego chce. -upuścił piłkę.
-A ja nie? -zmarszczyłam brwi.
Cholerny Devries. Miałam nie mówić "nie".
-Też tego chcesz, tylko boisz się przyznać. -podszedł i zamknął mnie w szczelnym uścisku.
Może trochę tego chciałam, bo jest taki cieplutki i dobrze pachnie...ale tylko trochę.
Nie protestowałam, objęłam jego szyję rękoma.
-Nie brakuję ci tego? -szepnął, jego ciepły oddech przy moim uchu wywołał ciarki.
-Nie. -powiedziałam niepewnie.
Oh Rose, jaka ty jesteś słaba.
Skrzywdził cię.
-Powtórz. -Złapał moją twarz w dłonie i teraz musiałam patrzeć mu prosto w oczy.
Oczy w których widać miłość.
Czy to możliwe? Zrobiłby to wszystko gdyby kochał?
-Nie Leondre, nie brakuję mi tego. -powiedziałam stanowczo. Spuścił wzrok i puścił moją twarz. -To co robimy?
-Zagramy. -poniósł piłkę z ziemi i rzucił do kosza.
-Za trzy. -stwierdziłam.
-Więc przygotuj się na przegraną. Wygrany dostaje buziaka. -powiedział pewnie i zaczął kozłować powoli zbliżając się do przeciwnego kosza. Zgaduję, że to mój.
No cóż dziś wieczorem się spocę.
Wzięłam głęboki oddech i pobiegłam za nim. 
Dla mnie nie ma reguł. 
Próbowałam odebrać piłkę, ale co wystawiłam po nią rękę, ten sprytnie przekozłowywał ją jak najdalej ode mnie. W końcu się zdenerwowałam i ją kopnęłam. 
-Ej! To niezgo... -nie zdążył dokończyć, bo zaczęłam za nią biec. Wzięłam ją i nie martwiąc się kozłowaniem pobiegłam z nią do kosza i wrzuciłam. 
-Jeden zero frajerze. 
-Dwa zero skarbie. 
-Może być. -zgarnęłam ją i znów wrzuciłam. -Cztery. 
-Wiesz, że tak się nie gra. 
-Zasady są do dupy. 
-Buntowniczka.
-Leo... Na prawdę nie chce mi się biegać. Możemy... Po prostu usiąść? -ładnie poprosiłam, ale on mnie wyśmiał. 
-Myślałem, że lubisz sport. Dasz mi buziaka i możemy robić co chcesz. -podszedł i położył dłonie tuż nad moimi pośladkami. 
-Lubisz stawiać mnie w niewygodnej pozycji. Dosłownie. 
-Jeden malutki buziaczek. -zawsze to zdanie mnie rozbawia. Zaśmiałam się i delikatnie złączyłam nasze usta. Leondre chwilę stał z zamkniętymi oczami. 
-Teraz możemy posiedzieć. -odsunęłam się. 
Wyszło tak, że siedzieliśmy kilka metrów od siebie i turlaliśmy piłką. 
-Jak tam A.K.?
-Jak zawsze wkurwiona, ale ja wiem, że się cieszy. 
-Dziwny zbieg okoliczności. 
-Prawda? Michael niedługo kończy odwyk i... 
-Będziesz z nim mieszkać? -spytał szybko. 
Czy chciałabym? Oczywiście. Problem jest taki, że w roku szkolnym nie mogę chodzić codziennie do pracy, a nie chcę być jego utrzymanką. 
-Nie wiem. -popchnęłam piłkę. -Mama chyba by mnie w piwnicy zamknęła.
-Nie dziwię się. Jest starszy. 
-Skończ już, dobrze wiesz, że on taki nie jest. 
-Nie chcę żebyś z nim mieszkała. -spojrzał na mnie. 
Ta niezręczna cisza, kiedy nie wiesz co powiedzieć. 
-Nie martw się, pewnie do tego nie dojdzie. 
-Mogę ci coś powiedzieć? 
-Nie. 
-Rose, mówię serio. -wstał i usiadł obok mnie. Zgiął kolana i zawiesił na nich ramiona. 
-Widziałem się ostatnio z ojcem. -powiedział ściszonym głosem. 
Wygląda na to, że to coś poważnego. Leondre nienawidził swojego ojca odkąd ich zostawił, nie dziwię się. Zrobił to w żałosny sposób. 
-Mówił coś o tym, że żałuję, wiesz o co chodzi. 
-Wierzysz mu? 
-Nie. -odpowiedział stanowczo i podniósł głowę. -Pewnie znowu chodzi o pieniądze. To chujowe wiedzieć, że dla ojca jesteś workiem pieniędzy. 
-Wiesz... Wyglądasz okay, ale żeby od razu worek? -zmrużyłam oczy, a on się zaśmiał. -Leeeeondre, olej go. Taki ojciec to nie ojciec. Masz wspaniałą rodzinę, a on się do niej już nie zalicza. Wiem, że ci go brakuję, ale nawet jeśli znów złapiecie jakiś kontakt, a on znów zrobi coś takiego? Na prawdę to jest warte tego co będzie później? 
-A może zrozumiał? -poczochrał swoje włosy. -Nie wiem sam. 
-Ufasz mu? 
-Stanowczo nie. 
-No właśnie. Ułożyłeś sobie życie bez niego, stracił więcej. -uśmiechnęłam się i objęłam go ramieniem. 
Mimo tego jaki jest w stosunku do mnie i mimo tego co się stało z naszym związkiem, myślę, że Leondre to wrażliwy i dobry chłopak. Może nie dla mnie, ale prawdziwy Leondre Devries jest wspaniały. 
Przytulił mnie do swojego boku i potarł moje ramię. 
-Dziękuję Rose
***
*KATE*
-Kurwa...
-Tak, też mam kaca. -usłyszałam i usiadłam jak poparzona.
Boże ja jestem naga, zakryłam się kołdrą i spojrzałam na Charliego. Leżał sobie swobodnie z jedną dłonią pod głową.
O nie, błagam. Ja się z nim przespałam do cholery!!
-Boże... My nie?
-My tak, może zrobimy drugą rundkę? -przybliżył się z uśmiechem i chciał mnie pocałować.
-Idiota. -wstałam ciągnąc za sobą kołdrę, którą się zakryłam. Spojrzałam na chłopaka, leżał tak jak go Bóg stworzył bez żadnego skrępowania.
-Przecież wcale cie nie widziałem nago. -przekręcił oczami.
-Nie zobaczysz nigdy więcej. -warknęłam i założyłam bieliznę tak by nic nie widział.
-Daj spokój przecież ci się podobało. -poczułam jak ciągnie mnie za nadgarstek.
-Zostaw mnie. -uderzyłam go chyba w ramię. Jak się odwróciłam siedział na łóżku.
Zignorowałam go i założyłam wczorajsze ciuchy.
-Spróbuj komuś powiedzieć, wtedy dowiesz się jaką suką potrafię być. -zagroziłam i wyszłam z jego pokoju słysząc jak ciężko wzdycha.
***
*CHARLIE*
Kilka godzin byłem na nagraniach, a potem poszedłem do Willa. Siedzieliśmy z Rose na kanapie i oglądaliśmy mecz.
-Jak było wczoraj z Leo?
-Wykończył mnie fizycznie. -spojrzeliśmy na nią, bo brzmiało to trochę... -Graliśmy w koszykówkę. -dodała.
-Randka życia. -stwierdził Will.
-A jak impreza? Byłeś wczoraj?
-Tak, tak, dobrze. -uśmiechnąłem się.
Nawet bardzo dobrze.
Usłyszeliśmy trzask drzwi, a potem donośny krzyk.
-Ro! Kurwa musimy pogadać!-A.K. wbiegła do domu, a gdy mnie zobaczyła zatrzymała się.


-Cześć. Może buziaczek. -Will cmoknął, a ona przeniosła swój sukowaty wzrok na niego.
-Spierdalaj. Ro chodź na górę. -poprosiła już piskliwym głosem.
-Rozmawiałaś z Michem? -olała ją.
-Tak, a teraz chodź na górę. -podeszła do niej i popchnęła żeby Rosie wstała.
-Luz, ogarnij się. Chcesz coś do jedzenia?
-Nie, po prostu chodź. -złapała ją za rękę i pociągnęła na górę.
-Moja żona chyba ma okres.
-Tak...
*ROSE*
-O mój Boże spałaś z Charliem?! -podsumowałam zdumiona, a ona zakryła mi dłonią usta.
Byłam zdziwiona po pierwsze tym, że zrobiła to z Charliem(!!), po drugie jesteśmy w tym samym wieku, a ja nie wyobrażam sobie przespać sie z kimkolwiek.
-Cicho, liczę na to, że jesteś moją przyjaciółką i nikomu nie powiesz.
-Przyjaciółką mówisz? -poruszyłam brwiami.
-Zamknij się i mów co mam robić?
-I jak było?
-Ro! Mówię serio... Było wspaniale. -spuściłam wzrok.
-To bierz go. Jest przeuroczy.
-Żartujesz? Miałabym być z Charliem? Nie rozśmieszaj mnie. Poza tym to była jednorazowa przygoda. Chcę tylko żeby mi tego nie wypominał i żeby w ogóle ze mną nie rozmawiał.
-A było czule czy bardziej no wiesz...niegrzecznie? -poruszyłam brwiami.
-Serio cię to interesuje?
-No wiesz Charlie to taki romantyk więc obstawiam, że był czuły i delikatny.
-Dziewczyno Charlie? To był tylko seks.
*CHARLIE*
A.K. zbiegła po schodach i pocałowała Willa w policzek.
Miałem cichą nadzieję, że do mnie też podejdzie. Noc była... Najlepszą w moim życiu.
-Jak się czujesz? -założyła ręce na biodra.
-Dobrze, a ty? -odpowiedział odwracając do niej głowę.
-Dlaczego pytasz?
-Nie wyżarłaś mi lodówki. -zaśmiał się, a jej mina była obojętna.
-Spierdalaj.
-Masz okres?
-Spierdalaj. -splunęła jeszcze raz i wyszła.
-Ostra. -stwierdził.
-Muszę iść. -szybko wstałem i pobiegłem za dziewczyną.-Zaczekaj!-dogoniłem ją i stanąłem na przeciwko.
-Spierdalaj. -odepchnęła mnie.
-Tylko to słowo znasz?
-Jak mnie nie przepuścisz zrobi się nieprzyjemnie.
-Nie boję się ciebie. -zmarszczyłem brwi. -O co ci chodzi? Przecież noc była...
-Przez ciebie wyszłam na łatwą!
-A ja na łatwego. -zażartowałem, próbowała się powstrzymać i spuściła głowę. -A! Widzę ten uśmieszek. -złapałem ją za brodę.
-Ugh Charlie jak patrzę na ciebie to mam przed oczami nas... Ja nie chce. -zapłakała sztucznie.
-Szkoda, bo ja chce. -położyłem dłonie na jej talii i zacząłem zsuwać je niżej.
-Przestań. -powiedziała, ale nawet się nie odsunęła.
-Powiedz, że ci się podobało.
Chciałem to od niej usłyszeć, moje ego tego chciało.
-Pod jednym dachem z twoją mamą? Nie.
-A jednak musiałem cię uciszać. -powiedziałem dumnie i ścisnąłem jej pośladki.
-Yh, jesteś okropny. -przekręciła oczami.
-Powiedz to.
-Nakarmię twoje męskie ego, było zajebiście, ale to był pierwszy i ostatni raz. Nie wypominaj mi tego. -powiedziała szybko, a ja przerwałem jej pocałunkiem.
Jej usta, są boskie, mógłbym je męczyć cały dzień. Gdy zabrakło nam powietrza oparłem o siebie nasze czoła.
-Charlie co ty robisz?-szepnęła i głośno przełknęła ślinę.
Już nie jest pewna siebie i wredna.
-Chodźmy gdzieś.
-Nie licz na kolejny raz. -odsunęła się.
-Miałem na myśli kino.
-Miałeś na myśli randkę?!
-Tak to się chyba nazywa. -zaśmiałem się, ale przestałem widząc jej minę.
-Nie chcemy tego. -pokręciła głową.
Nie miałem pojęcia o co jej chodziło, zmarszczyłem brwi i chwilę się jej przyglądałem.
-Ja chce.
-Uwierz mi nie chcesz się mieszać w żadną relacje ze mną, oboje tego nie chcemy.
-Kate o co ci chodzi? Jeżeli uznasz, że jednak do siebie nie pasujemy to... -spuściła wzrok. -Kate czy ja ci się podobam? Spójrz na mnie. -złapałem ją na podbródek.
Moje ego było teraz na najwyższym poziomie. Za poderwanie A.K. powinienem dostać Nobla.
-Spieprzaj. -odepchnęła mnie i odeszła. 

*****
SIEMSON!!
Jak życie?
so sorry, że nie było rozdziału w tamtym tygodniu.
ale jest teraz.
i będzie też jutro
jak zostawicie komentarz 
he
fajnie by było gdybyście napisały do której klasy chodzicie
bo jestem ciekawa
pozdrawiam
-KATEMONSTER xx

środa, 7 grudnia 2016

40.

Obudziłam się przez koszmar. Śniło mi serio, że Will się dusił więc pobiegłam do niego. Na szczęście, gdy otworzyłam drzwi słodko spał. Odetchnęłam z ulgą, zabrałam telefon, który ciągle wibrował po czym wyszłam.
-Tak? -spytałam zaspana.
-O, siema, ty pewnie jesteś Rose? Mam na imię Carlos, jestem znajomym Willa.
-Cześć, kojarzę cię. Will jeszcze śpi.
-Okay, niech zadzwoni do mnie jak będzie mógł.
-Jasne nie ma sprawy.
-A ogólnie... Jak on się czuję?
Miło, że spytał.
-Jest osłabiony i ogólnie nie najlepiej, ale z dnia na dzień będzie mu się poprawiać. -wytłumaczyłam z uśmiechem, którego i tak nie mógł zobaczyć.
-Dobrze, to...
-Zadzwoni do ciebie.
-Dzięki, na razie.
Dzień minął strasznie nudno. Will ciągle spał, nasi rodzice byli w pracy, a ja odbierałam telefon Loczka.
Na szczęście od nudy uratowała mnie A.K. Zawsze to lepiej oglądać głupie seriale z kimś niż samej.
-Jutro cię porywam, więc rezerwuj sobie czas.-oznajmiłam pakując sobie łyżkę lodów do buzi.
Planowałam niespodziankę dla niej już od dawna niestety nie miałam jak zrealizować mojego planu. W sumie dobrze się złożyło, bo ma urodziny.
-Gdzie? -spojrzała na mnie surowym wzrokiem.
-W dupę koleżanko. Zobaczysz.
-Ro, błagam powiedz, że to impreza. Zasłużyłam sobie po tych tygodniach pocieszania cię.
-Błagam nie mów do mnie Ro...
-Hej moja żono! -krzyknął Will ze schodów.
-Poczekaj pomogę ci. -pobiegłam do niego i pomogłam dostać się na kanapę.
-Przystojny jak zawsze. -stwierdziła brunetka patrząc na zaspanego chłopaka.
-Nic nie mów. Jestem wykończony.
-Spałeś cały dzień!-krzyknęłam z kuchni. Zaniosłam mu leki i wodę, i wróciłam do kuchni odgrzać mu obiad.
-Ledwo siedzę.
-Willy połóż się. -powiedziała uwodzicielsko A.K. i coś zrobiła, ale stałam tyłem więc nie widziałam.
-Poczekaj aż wyzdrowieję, wtedy się tobą zajmę.
Potem słyszałam jakieś śmiechy, ale wolałam się nie odwracać, bałam się, że nie chce tego widzieć. Wieczorem dopytam Willa o co chodzi.
Nie, oni nie mogą razem... Nie.
Odwróciłam się gdy usłyszałam, że ktoś wchodzi do domu. A.K. wisiała nad Willem i nie mam pojęcia czy się całowali, bo jej włosy wszystko zasłaniały. Skrzywiłam się, a do pomieszczenia wszedł George. Spojrzał na nich, a potem na mnie.
-Synu, wiesz, że twoja męskość nie działa tak jak powinna? -powiedział, a gdy A.K. od niego odskoczyła, dodał :-Sam ledwo stoisz, a co dopiero...
-Boże, tato! -krzyknął Will i cały czerwony usiadł prosto.
Mężczyzna odwrócił się do mnie i rozbawiony puścił mi oczko.
Próbowałam się powstrzymać, ale mi nie wyszło i wybuchłam głośnym śmiechem. Po pierwsze nigdy, przenigdy nie posądziłabym Georgea o takie żarty, a po drugie ta dwójka była konkretnie skrępowana.
-Mam dla ciebie prezent. -zdjął marynarkę i z korytarza przyniósł jakiś przedmiot. Na początku nie bardzo wiedziałam co to jest, ale gdy to rozłożył to już było oczywiste.
-Wózek inwalidzki? Nie jestem inwalidą. -stwierdził obrażony za wcześniejszy żart.
-Przyda ci się trochę powietrza, więc możecie iść na spacer.
-Może ci zadziała. -A.K. nawiązała do żartu Georgea. Myślałam, że umrę ze śmiechu.
Will obdarzył nas wszystkich surowym spojrzeniem co wywołało u nas jeszcze większy śmiech.
Odsunął się jak najdalej od dziewczyny i wlepił wzrok w telewizor.
Jacy mężczyźni są delikatni na tym punkcie.
-Kate weź rozłóż sztućce.
Zjedliśmy wszyscy razem obiad, oprócz mamy, która wraca wieczorem, i postanowiliśmy pójść na spacer.
Avril jest głupia, to nie nowość, usiadła na kolanach Willa, a ja ich pchałam, próbowałam biec, ale mimo, że oboje są chudzielcami dla mnie to było za dużo.
-Szybciej! -darła się na całe miasto.
-Staram się! Zjadłaś pół pieczeni!-puściłam wózek, ale zapomniałam, że tam jest górka i po chwili zaczęłam za nimi biec.
-Rose! Kurwa łap nas!! -A.K. zaczęła panikować i ja w sumie też. Kij z Avril, Will jest ledwo po operacji.
Dzięki bogu nie jechał żaden samochód, byłoby słabo. Złapałam ich i zatrzymałam na zakręcie tuż przed płotem.
A.K. zsunęła się na ulice i położyła plackiem.
-O ja... Aż się spociłam. -zaczęliśmy się śmiać, przerwały nam krzyki dobiegające ze skate parku. No oczywiście stałe miejsce spotkań znajomych Williama. Kilku chłopaków zaczęło biec w naszą stronę i wręcz rzucili się na Willa z krzykiem.
A.K. podniosła się i otrzepała. Trudno było ogarnąć co się dzieję byli tak podekscytowani tym, że w końcu go widzą. Billy, chyba tak miał na imię, zaczął pchać wózek w stronę skate parku a my biedne musiałyśmy iść za nimi.
Przysięgam zachowywali się jak małpy, krzyczeli, biegali i skakali dookoła niego.
-Dzicz. -stwierdziła A.K.
Ogólnie wszyscy ze skate parku zaczęli oklaskiwać Willa, a on czuł się lekko skrępowany, bolała go też głowa i było to widać. W tłumie widziałam też Charliego i Leo, poznałam jeszcze kilka osób w tym chłopaka, który dzisiaj dzwonił.
Gdy wszyscy umilkli i zaczęli wypytywać Willa, przyszedł czas na nas.
Razem z A.K. zaczęliśmy przedrzeźniać ich zachowanie. Patrzyli na nas jak na idiotki, ale my w sumie same miałyśmy ubaw. Wskoczyłam jej na plecy i zaczęłyśmy biegać dookoła.
W końcu się zmęczyła i weszła ze mną na plecach na rampę, siedział tam już Will, któremu pewnie pomogli wejść, Charlie, Devries, kilku znajomych ze starej szkoły, a jeszcze kilku jeździło wózkiem po rampach.
-Jak się czujesz? -nachyliłam się nad Loczkiem i pocałowałam go w policzek.
Trochę czułości po tej chorobie mu nie zaszkodzi.
-Boli mnie głowa, ale jest okay.
-Z tobą dzisiaj rozmawiałem, prawda? -odwróciłam się.
Hm, wysoki, brunet, przystojny.
Chcę takiego.
-Tak. -uśmiechnęłam się szeroko.
-Nie zadzwoniłaś. -wydął dolną wargę i wyglądał tak uroczo, że ja dziękuję.
-Wydawało mi się, że to Will miał do ciebie zadzwonić.
Ah, ja kokieterka.
-Za telefon od ciebie bym się nie obraził. -przejechał wzrokiem po moim ciele i chwilę za długo zatrzymał na biuście.
Nie, panu już dziękujemy.
-Ej Ro, umiesz na tym jeździć?-A.K. poniosła do góry deskorolkę.
-No jasne. -zabrałam ją, postawiłam na brzegu rampy, usiadłam i po chwili byłam już na dole. Usłyszałam śmiechy, wstałam i ukłoniłam się.
-Nie o to mi chodziło debilko. -A. uderzyła się ręką w twarz.
-Rosie boi się wszystkiego co ma koła. -zaśmiał się Devries.
-Nieprawda. -położyłam ręce na biodrach.
-Aha? Więc udowodnij.
-Nie muszę.
-Strach nie jest niczym złym.
-Wal się. -zabrałam deskę i weszłam na rampę.
-Może będę cię asekurował?
-Dzięki. Jak zjadę stawiasz mi pizze. Największą. -skierowałam się do niego.
-Rose ty umrzesz. -wtrącił się Will, ale go zignorowaliśmy.
-Stoi. -wystawił dłoń, a ja ją uścisnęłam.
-Będziesz jechał po tą pizze do Włoch.-uśmiechnęłam się cwaniacko i zaczęłam przygotowywać. Stanęłam na tym drewnie i kompletnie nie wiedziałam jak tym ruszyć.
-Musisz przenieść ciężar na pierwszą nogę.
-Co ty geniuszu? -zagrałam.
Pff, przecież to było oczywiste.
Noi tak zrobiłam i cholera... To był największy błąd w moim życiu. Drugi największy po byciu z tym idiotą.
Zaczęłam jechać w dół, a serce podeszło mi do gardła.
Darłam się.
Darłam się jakby obdzierali mnie ze skóry.
Słyszałam głupi, irytujący śmiech Devriesa. Gdy byłam już na dole zdałam sobie sprawę, że muszę przecież zahamować.
-Boże... Jak ja mam to zatrzymać?! -wydarłam się próbując wyprostować z pozy na"skayta".
Usłyszałam odpowiedzieć, ale Devries zamiast mówić prawie wyrzyguje słowa i jeszcze się śmieje jak głupi do sera.
Życie przeleciało mi przed oczami, gdy zobaczyłam ogrodzenie.
-Będzie zapierdalał na tej deskorolce po moją pizze, aż do Włoch.-zarzekłam zanim uderzyłam w siatkę, a potem z hukiem upadłam tyłkiem na ziemie.
Usłyszałam coraz głośniejszy śmiech za sobą.
Podbiegł do mnie Devries i pomógł wstać.
-Żyjesz? -spytał przez śmiech. Wytrzepałam się i spojrzałam na niego surowo.
-Największa z wszystkimi dodatkami.-burknęłam.-I dwa największe napoje. -zamyśliłam się. -Trzy. Fajnie żeby wszystko było podwójne.
Patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
Pewnie wyliczał ile to będzie go kosztować.
-Nie lubisz dodatków.
-Lubię jak płacisz więcej. -wzruszyłam ramionami, a on się zaśmiał.
-Możemy iść teraz. -stwierdził.
-Wolę z dostawą do domu. -zaczęłam iść w stronę reszty, ale złapał mnie za nadgarstek i odwrócił do siebie.
-Myślałem o naszej wczorajszej rozmowie... Jak mam ci udowodnić, że cię kocham, jeżeli ty nie chcesz się ze mną spotkać?! -prawie krzyknął, a ja przymknęłam powieki. Gdy je otworzyłam jego twarz złagodniała.
-To ty się zadeklarowałeś. Wymyśl coś. -próbowałam brzmieć stanowczo i mam nadzieję, że mi wyszło.
Spuścił na chwilę wzrok, a potem znów spojrzał w moje oczy.
-Pięć dni. -powiedział szybko, nawet nie zdążyłam załapać o co chodzi. W sumie to było takie z dupy, więc nie dziwię się sobie.
-Co? -zmarszczyłam brwi.
-Wystarczyło mi pięć dni, żeby zrozumieć, że cię kocham. Tobie też wystarczą. Udowodnię ci, że mnie kochasz. -z nadzieją ogarnął kosmyk moich włosów za ucho.
-Nie sądzę...
-Chce tylko pięciu dni. Jeżeli się nie uda dam ci spokój. -zachęcił mnie.
Po tych pięciu dniach będę miała od niego spokój. Wyczytał z mojej twarzy zgodę, więc kontynuował. 
-Jedna zasada, nie możesz powiedzieć "nie".
-Popieprzyło cię?! Wiem o co ci chodzi! -próbował krzyknąć szeptem, żeby nikt nie usłyszał.
Co za idiota.
-Obiecuję, że nic z tych rzeczy nie będę próbował.-położył dłoń na piersi.
Mam się zgodzić czy nie? Przecież jak będzie próbował mnie dotknąć czy coś to nikt mi nie zabroni uciąć mu rąk.
Z drugiej strony, czy robienie mu nadziei nie jest wredne?
-Rosalie?
Chyba za długo myślałam.
-Pięć dni. -zgodziłam się i odeszłam.
Podeszłam zadowolona do Charliego, Willa, A.K. i....
-Żyjesz. -zaśmiał się blondas.
-Ona jest jak karaluch, zawsze przeżyje. -dogryzł mi Loczek. -Trochę mi słabo. Możemy iść do domu?
-Jasne, Charlie weź mu pomóż.
Poszłam po wózek, jeszcze chwila i nie miałby kół.
Minęłam się z Devriesem, który z uśmiechem objął mnie w talii.
-Napisze jutro. -powiedział z uśmiechem i odszedł.
***
Wczoraj wieczorem dostawca przywiózł pizze taką jaką chciałam. Wyglądała okropnie, ale Will i A.K. wciągnęli całą.
Powiedziałam im o propozycji Devriesa i zostałam zjechana po całości.
Will jako tako starał się być spokojny, za to A.K. nie kryła się z oburzeniem i szczerą nienawiścią do Devriesa.
Została u mnie na noc i ciągle mówiła o tym jak marnuje swój czas na niego.
Dziś ma urodziny i musiałyśmy wstać o 5, żeby ogarnąć się i iść na pociąg, w którym dokończyłyśmy swoje makijaże.
-Możesz mi powiedzieć, po co przyszłyśmy do więzienia dla ćpunów? -spytała, gdy zobaczyła tabliczkę na budynku.
-To ośrodek pomocy dla osób uzależnionych. -poprawiłam ją.
-Jak zwał tak zwał. Wiesz, że wkurwiają mnie tacy ludzie.
Prawda, Avril nienawidzi narkotyków i ludzi, którzy je biorą. Nie dziwię się jej.
-Daj spokój.
-Nie będę wolontariuszką. -oznajmiła, gdy weszłyśmy.
Od razu rzuciła się na krzesła, a ja poszłam do recepcji.
-Odwiedziny do Michaela Lancastera.
-Mhm.-kobieta sprawdziła coś w komputerze. -Rosalie Nixton? Mogę twój dowód?
Podałam jej legitymacje, na którą tylko rzuciła okiem.
-Dobrze, zostawcie swoje rzeczy w szatni, ochroniarz was zaprowadzi.
-Nie mogę mieć torby?
-Niestety. Szatnia jest tam. -wskazała palcem, a ja zgarnęłam A.K. i poszłyśmy tam.
-Dobra, mów mi o co do kurwy chodzi? -założyła ręce na piersi, gdy wkładałam snickersy do stanika.
-Nie gadaj, tylko odłóż torbę.
-Jesteś tu wolontariuszką? Wiesz, mam urodziny i wolałabym coś wypić.
-Jasne jasne, chodź. -pociągnęłam ją za rękę i poszłyśmy do ochroniarza, który zaprowadził nas do świetlicy.
-Ugh, stado ćpunów. -westchnęła, gdy weszłyśmy do pomieszczenia.
Wyglądało to źle. Ludzie wyglądali jak wraki ludzi; bladzi, rozczochrane włosy, wykonujący tiki nerwowe, machali nogą, stukali palcami o blaty stołów, niektórzy chodzi w kółko.
Widać, że są na głodzie.
W końcu zobaczyłam Micha, który wstał, gdy tylko mnie zobaczył, ale gdy zobaczył A.K. mina mu zrzedła.
Zaczęłam ciągnąć ją w tam tą stronę, ale gdy zobaczyła, kto tam stoi zatrzymała się.
-Ro... Czy...
-Tak Avril, dobrze myślisz. -uśmiechnęłam się szeroko.
-Nie mów do mnie Avril. -warknęła ciągle patrząc na chłopaka.
Powoli podeszłyśmy do niego. Patrzyli na siebie jak w obrazki. A.K. miała nawet łzy w oczach, a ja byłam z siebie dumna jak nigdy.
-Michael?-załamał się jej głos, co było wręcz wzruszające.
Chłopak tylko podszedł do niej i mocno przytulił do siebie głaszcząc jej włosy.
-Przepraszam Avril.
Wytarłam łzy i przyglądałam się im z uśmiechem.
-Nienawidzę cię chuju. -zachlipała, a on cicho się zaśmiał. -Zostawiłeś mnie samą. Jak mogłeś? -odsunęła się od niego, tylko by dokładnie się mu przyjrzeć.
-Ja... -podrapał się po karku. -To było trudne. -znów ją przytulił. -Tęskniłem.
To było takie... Oh. Nie da się nawet tego opisać. Za to A.K. była maksymalnie wkurwiona. W ciągu sekundy rzuciła się na niego z pięściami.
Chłopak nie bardzo wiedział jak ma zareagować, bo jak ona uderzy to faktycznie boli.
-Kate uspokój się. -złapał ją za nadgarstki. Biedna była cała zapłakana, pierwszy raz widziałam ją w takim stanie.
-Dlaczego mnie zostawiłeś?! Nawiedzę cie. -zaczęła płakać już na dobre, a on znów ją przytulił.
-Avril... Starzy mnie wyrzucili, miałem problemy, ćpałem... Nie chciałem, żebyś mnie takiego widziała.
-Ale widziałam. Cały czas myślałam o tym, że pewnie leżysz gdzieś naćpany albo martwy. Tak. Myślałam, że nie żyjesz. Nie dawałeś znaku życia. Dlaczego mnie zostawiłeś?
Nie dostała odpowiedzi i prawdopodobnie nigdy jej nie dostanie, bo sam Michael jej nie zna.
Usiedliśmy przy jednym ze stolików, a w tle leciała muzyka klasyczna.
-Przemyciłam ci snickersy w staniku. -oznajmiam żeby rozluźnić atmosferę.
-Dzięki.
-Nie ma za co. -uśmiechnęłam się i podałam mu je pod stołem. Prawdopodobnie schował je za gumkę spodni.
-Nie... Za wszystko. Cieszę się, że zadzwoniłaś na policję. Nie chce już brać. -Posłałam mu ogromny, szczery uśmiech. -Jak z Wille?
-Dzięki twojej siostrze żyje. Namówiła go do operacji, co prawda w stylu Kate, nielegalnej i ryzykownej. Udało się. -uśmiechnęłam się sama do siebie.
Denerwowali mnie, Mich patrzył na siostrę z takim bólem, że aż ja go poczułam, a ona przekręcała swoje pierścionki na palcach. Ani słowa. 
Mają sobie tyle do powiedzenia, ale ani słowa.
-Idę do łazienki. -wstałam i spojrzałam porozumiewawczo na chłopaka.
Niech sobie gadają.
***
*Kate*
Dziś muszę się napić. Porządnie napić.
Ogarnęłam się i postanowiłam pójść do klubu. 


Alkohol sprzedają wszystkim, liczą się tylko pieniądze. Poprosiłam o butelkę kolorowej i poszłam do jednej z loż.
Byłam już po paru kieliszkach i szło już jak woda.
-O proszę, kogo ja tu widzę? -odwróciłam się w stronę z której dobiegał głos i modliłam się do Boga, żeby to nie był jakiś upierdliwy typ, bo towarzystwo to ostatnie czego chciałam.
Nigdy nie byłam wierząca.
-Spierdalaj Charlie. -warknęłam i odwróciłam głowę do kieliszka.
-Ty nie masz przypadkiem urodzin? -usiadł obok mnie.
-Mam. -oparłam policzek na dłoni. -Ro potrafi robić niespodzianki.
-O czym ty mówisz?
-Wiesz kto to Michael? Ten ćpun? To mój brat. Wyprowadził się jak miałam jedenaście lat, zostawił mnie dla narkotyków, kurwa...
-Teraz się leczy, ponoć to spoko gość.
-Nawet bardzo spoko. -odwróciłam głowę w jego stronę. -Nie chce go nienawidzić.
-Więc nie rób tego.
-Nie rozumiesz. Muszę się napić.
-Jesteś już pijana.
-Tak? Bo chcę się napierdolić jak nigdy. -nalałam sobie kieliszek i wlałam do gardła.
-W takim razie poczekaj wypijemy twoje zdrowie.
Blondyn na chwilę zniknął by pojawić się z kieliszkiem.
-Zdrowie jubilatki. -unieśliśmy kieliszki, które uprzednio wypełnił.
Po paru kolejkach byłam już kompletnie pijana, oboje byliśmy, bo rozmawialiśmy jak starzy przyjaciele.
-Powiedz mi Charlie czemu taki gwiazdor jak ty nie ma dziewczyny?-zarechotałam i oparłam się na jego ramieniu.
-Po tym jak jedna cię zdradzi, a druga jest z twoim przyjacielem, na prawdę nie masz ochoty na związki.
-O matko. -zakryłam dłonią usta, co pewnie wyglądało mega sztucznie.-Mówisz o Rose? Niemożliwe.-napełniłam nasze kieliszki, które wypiliśmy.
-No wiem. -powiedział emocjonalnie. -Nie wiem, jakoś tak... Podobała mi się, dobrze spędza się z nią czas.
-Pf, to takie idiotyczne... Wiesz z iloma osobami dobrze spędza mi się czas?
-Oh przestań, nie znasz się.
-Ja się nie zna?!. -stuknęłam się palcami w klatkę piersiową.-Ja się nie znam?! Błagam... Gdyby ci się podobała nie pomagałbyś temu debilowi w odzyskaniu jej. -machnęłam ręką.
-Może po prostu jestem dobrym przyjacielem? -uniósł brwi.
-Może po prostu kochasz ją jak przyjaciółkę? -przedrzeźniłam go. -Durniu...
-Nie wiem już sam. W każdym razie mój przyjaciel ją kocha.
-Nie mów mi o nim, bo się porzygam.
-Jesteś... Dziwna. -stwierdził.-Jesteś suką.-spojrzałam na niego groźnie. -Przyznaj sama. -w sumie to ma trochę racji, więc kiwnęłam głową. -No.
-Chciałeś mi powiedzieć, że jestem suką?
-Nie wiem co chciałem powiedzieć. -stwierdził z czkawką.
-Idiota.
Charlie napełnił nasze kieliszki, które po chwili znów były puste.
Oparłam policzek na pięści żeby móc patrzeć na blondyna. Zrobił to samo, przez co nasze twarze były blisko siebie. Zaśmiałam się, bo poruszył znacząco brwiami.
-Co? -spytałam próbując ukryć uśmiech.
-Nic. Mam na ciebie ochotę. -oznajmił i w ciągu sekundy byłam już na jego kolanach wymieniając się z nim śliną. -Bijesz facetów... Mam się bać? -spytał rozbawiony, na chwilę się odsuwając.
-A boisz się? -pokręcił głową. -Biję tylko chłopców. -wbiłam się w jego usta i docisnęłam do siebie nasze biodra wywołujące tym jego jęk.
-Jesteś dziewicą? -przyniósł usta na moją szyję.
-Nie.-przegryzłam wargę. -Do ciebie czy do mnie?
-Do mnie. -oznajmił i wstał stawiając mnie na ziemi. Przysięgam w tym momencie byłam tak na niego napalona, że gdybym go zgwałciła nie byłoby to dziwne. 
Złapałam go za rękę i razem wyszliśmy z klubu.
-Zadzwonię po taksówkę. -oznajmił i szybko wyjął telefon. -Kurwa. -powiedział pod nosem.
-Szybko. -pociągnęłam go za koszulkę i przyssałam się do jego szyi.
W końcu dodzwonił się, a ja żeby było śmieszniej ugryzłam go. Syknął i w zamian uderzył mnie w pośladki.
W taksówce było okropnie. Dzieliło nas pół metra, a napięcie było nie do wytrzymania.
Droga dłużyła się i dłużyła, ale musiała się skończyć.
Mieszka niedaleko Ro.
Chłopak zapłacił i prawie wyskoczyliśmy z pojazdu żeby znów zacząć się całować.
-Idź szybciej. -szepnął w moje usta.
-Nie mogę, mam obcasy. -w odpowiedzi podniósł mnie do góry, więc owinęłam nogi wokół jego pasa.
-W tylnej kieszeni mam klucze.
Ledwo sięgając, wyjęłam je i podałam chłopakowi, który otworzył drzwi w mgnieniu oka.
-Jest ktoś  w domu?
-Mama, śpi jak zabita, ale na wszelki wypadek cię zaknebluje. -pocałował mnie zachłannie. -Lubisz perwersje w łóżku? -spytał z cwaniackim uśmiechem, gdy byliśmy na schodach.
-Idiota. -przekręciłam oczami i złączyłam nasze usta. Próbowałam z nim walczyć o dominację, ale on sprawdzał się w tym tak dobrze, że poddałam się niemalże od razu.
Nawet nie zorientowałam się kiedy znaleźliśmy się w jego pokoju, a on usiadł na łóżku ze mną na kolanach.
Nie bawiliśmy się w to całe "jesteś pewna?" po prostu zdjęłam jego koszulę mało nie wyrywając guzików. Czułam jak zdejmuje buty więc zrobiłam to samo, rzucjąc je gdzie popachnie. Nawet się nie zorientowałam kiedy nie miałam już na sobie bluzki, a Charlie całował mój dekolt.
Drażnił moją skórę językiem, a gdy dotarł do materiału zrobił mi malinkę na piersi.
Jego ręce wsunęły się pod materiał spodni.
Postanowiłam nie siedzieć tak bezczynnie i mu też dać trochę przyjemności. Rozpięłam jego spodnie i złapałam w dłoń jego twardego członka. Blondyn syknął wyrzucając głowę w tył. Zeszłam z jego kolan, zdjęłam spodnie kręcąc przy tym biodrami, to samo zrobił chłopak nie odrywając ode mnie wzroku.
-Chodź, bo dojdę od samego patrzenia. -powiedział zachrypniętym głosem wywołując ciarki na moim ciele.
Zaśmiałam się widząc, że jego bokserki pękają w szwach. Podeszłam musnęłam jego wargi, a palcem wodziłam po jego wybrzuszeniu, śmiejąc się w duchu z jego jęków.
-Kate, cholera, nie drocz się, bo się odwdzięczę. -zagroził.
-Okay, okay.-ostatni raz go pocałowałam i wsunęłam dłoń pod jego bokserki.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemson Kluchy!
Pozdrawiam osobę, która podpisuje się "Edi",która jako jedyna się zorientowała, że Michael i A.K. to rodzeństwo. Brawo. (;
Jak się podoba rozdział? oczywiście napiszcie w komentarzu XD
A.K. i Charlie? ^^
Jak myślicie? Pasują do siebie, czy to wybryk jednej nocy? XD kocham to jak to brzmi.
Pozdrawiam bardzo cieplutko
-Kate xx

czwartek, 1 grudnia 2016

39.

-Mów o co chodzi? -rozkazałam, a on spojrzał na mnie beznamiętnie, ale wiedziałam, że coś się kryje za tym wzrokiem.

Devries się tak nie zachowuje, coś jest nie tak...
-Nic, jestem zmęczony, jasne?! -warknął i włączył dźwięk. 
-Dlatego oglądasz reklamy? 
-Chcę oglądać reklamy to sobie oglądam. 
-To oglądaj, ja jadę do Willa. -wstałam, ale szybko zostałam przyciągnięta za rękę na jego kolana. 
-Nigdzie nie idziesz. Możemy się poprzytulać. -lekko się uśmiechnął. 
Widzę, że coś jest kurwa nie tak, a ten dalej swoje. 
Może dla Willa się pogorszyło. 
-Byłam pijana. -zeszłam z niego i usiadłam obok. 
-Po prostu usiądź i siedź. Daj mu trochę czasu ze znajomymi. 
Widzę, widzę w jego oczach, że kłamie. 
Może okłamać wszystkich, ale nie mnie. 
Więc tak się bawimy. 
-Może masz rację. Jestem trochę zmęczona, więc może się położymy?-próbowałam brzmieć uwodzicielsko i chyba zadziałało, bo prawie mu oczy na wierzch wyszły. 
-Jasne... No pewnie.
Odsunęłam się na koniec kanapy ciągle na niego patrząc i pociągnęłam go za rękę żeby się położył. Gdy to zrobił wtuliłam policzek w jego klatkę piersiową i zarzuciłam na niego nogę. Wziął to na poważnie, zabrał moją rękę z jego brzucha. 
-Zawsze masz takie zimne ręce. -pocałował ją i spowrotem położyłam dłoń u dołu jego brzucha. 
Chciałam się jeszcze pobawić jego kosztem, ale stwierdziłam, że jak się napali to nie zaśnie. Trochę mi nie na rękę. 
Szybko zasnął, gdy przestał jeździć palcem po moim ramieniu, oddech się unormował a serce przestało walić jak oszalałe podniosłam się powoli. 
Tak jak mówi Avril faceci to jednak są głupi i wystarczy trochę pokokietować. 
Założyłam byty, wzięłam torebkę i chciałam iść jeszcze po bluzę, ale usłyszałam jak Devries przewraca się na kanapie, więc wybiegłam na autobus. 
Obdzwoniłam chyba wszystkich Willa, mamę, Georgea, Charliego, ale nikt nie odebrał i zaczęłam się poważnie martwić. Devries do mnie dzwonił, ale w tym momencie miałam go głęboko w dupie. 
Do szpitala prawie wbiegłam, co było dziwne, te babsko z recepcji nie chciało mnie wpuścić a nawet powiedzieć o co chodzi. 
Zrobiłam to co za pierwszym razem czyli jak wyszła na moment wkradłam się na oddział. 
Przebiegłam przez korytarz i zatrzymałam się ze łzami w oczach przed szybą sali Willa. Właśnie się spełnił mój koszmar: sala była pusta, a łóżko było idealnie ułożone. 
Nie wiedziałam co mam robić pobiegłam do recepcji gdzie była już kobieta. 
-Jak ty tam weszłaś?! Proszę opuścić szpital, bo zadzwonię po ochronę. 
-Will... Will Turner, gdzie on jest? Przenieśliście go? -wyjąkałam.
-Proszę wyjść  bo wyprowadzi panią ochrona. 
Nic by mi nie powiedziała, więc wyszłam i zadzwoniłam do Leo. Odebrał prawie od razu. 
-Jesteś w szpitalu? 
-Gdzie on jest?! Dlaczego nikt ode mnie nie odbiera?! Co się dzieję?! -wydarłam się i usiadłam na schodach. 
-Spokojnie, już do ciebie idę. -odłożyłam telefon i schowałam twarz w dłonie. 
Nie, on nie może... Nie pożegnałam się z nim. Płakałam jak dziecko a przechodni aż odwracali się za mną. 
-Rose! -podniosłam głowę i zobaczyłam Devriesa biegnącego w moją stronę. 
Wstałam i podeszłam do niego. 
-Ty idioto! -uderzyłam go pięściami w klatkę piersiową. -Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?! -uderzyłam go kolejny i kolejny raz. -Nienawidzę cię.-załamałam ręce.
Chłopak przytulił mnie mocno do siebie a ja nie miałam siły protestować. Płakałam jak bachor w jego bluzę. 
-Rose, Will jest w innej klinice. -oznajmił a ja spojrzałam na niego z nadzieją. Czekałam, aż powie, że on żyje i ma się dobrze, ale tego się nie spodziewałam. -Operują go. 
-Jak to? Przecież nie mogli. 
-No właśnie... Ta operacja jest jakby... Nielegalna. Znajomy Georgea zgodził się podjąć operacji. 
-Mówili, że nie przeżyłby operacji. 
Chłopak spuścił wzrok i znów przytulił moją twarz do siebie. 
-Ma trzydzieści procent szans. 
Serce mi stanęło. 
-Trzydzieści procent szans to prawie nic. Trzydzieści procent szans to nie sto, nawet nie sześćdziesiąt. To mniejszość. 
Znów wybuchłam płaczem. Dlaczego mi nie nie powiedział. Nikt nic mi nie powiedział. 
-Nie płacz. 
-Odczep się! Chcę płakać! Chcę usiąść i płakać. Nawet nie daliście mi szansy się z nim pożegnać!-odepchnęłam go, ale się nie dał. 
-Więc płacz. Usiądźmy razem i już opłakujmy jego śmierć. Rose... On nie umrze rozumiesz, mnie? -złapał moją twarz w dłonie i spojrzał w moje oczy. -Nie ma nawet takiej opcji. 
-Skąd ty to możesz wiedzieć? 
-Wiem i tyle. To jest Will, myślisz, że by zostawił cię samą? On się nie da. Nigdy. Nie umrze rozumiesz? -wytarł moje oczy i lekko pokiwałam głową. -Powtórz.
-Will nie umrze.-powiedziałam pewnie.-Zabierz mnie tam. 
Leondre zadzwonił po Charliego, który przyjechał po kilku minutach. 
Był tak zdenerwowany, że jego policzki były całe czerwone. 
Nie odezwał się całą drogę do kliniki, która był kilka ulic dalej. Wbiegłam do niej pierwsza, była bardzo mała więc od razu zobaczyłam naszych rodziców. Podeszłam od razu do Georgea, który całą chorobę syna przechodził tak samo ciężko jak ja. 
-Rosalie
-Will da radę, George.-powiedziałam pewnie. 
-Musi. -pogłaskał mnie po plecach. 
Odsunęłam się, nie był tak jak zawsze w idealnie układającym się garniturze. Miał pogniecioną koszulę z rękawami podciągniętymi do łokci. 
Odwróciłam się w stronę gdzie wszyscy patrzyli. Była tam szyba na salę operacyjną. Łóżko na którym ,jak można się domyślić, leżał Will było zasłonięte zieloną płachta a przez nią było widać cienie trojga osób. 
Cała klinika wygląda jak budynek w którym znajduję się mój dentysta, za to sala była jak najbardziej profesjonalna. 
Wytarłam łzy i usiadłam na jednym z krzesłem obok Charliego. Uśmiechnął się do mnie smutno, widziałam że sam jest blisko płaczu, więc złapałam go za rękę. 
Po tym co mi powiedział Devries jestem pełna nadziei. 
Czekaliśmy trochę ponad godzinę, potem wyszedł lekarz, a wszyscy wstaliśmy w tym samym momencie. 
-Jest dobrze. Udało się.-powiedział dumny. 
Ciężar spadł mi z serca. Uśmiechnęłam się tak szeroko, że kąciki ust mnie zabolały. Rzuciłam się na Charliego i Leo mocno ich przytulając. 
Nic nie mówiłam a łzy szczęścia same poleciały z oczu. 
-Boże, kocham tego debila. -zaśmiałam się sama do siebie. Odsunęłam się od nich i spojrzałam w głąb sali. Płachta była już odsłonięta i było widać Willa podłączonego do różnych urządzeń, głowę miał owiniętą bandażami, ale wiedziałam, że już wszystko jest dobrze. 
-Kiedy się obudzi? -spytałam nie mogąc powstrzymać emocji. 
-Najszybciej jutro, ale organizm jest wykończony, więc obudzić się może równie dobrze za kilka dni. Oczywiście może tu zostać do tego czasu, ale nie mówicie nikomu. Nie chcę mieć problemów. 
George podziękował przyjacielowi, który musiał iść się umyć po operacji, a my cieszyliśmy jak dzieci. 
Klinika była dziś zamknięta ze względu na nielegalną operację. 
Stwierdziliśmy że to uczcijmy i zamówiliśmy pizze, którą zjedliśmy na ziemi w korytarzu. Pierwszy raz od dawna atmosfera była luźna. Siedzieliśmy do późna, a na noc zostałam z Georgem. Dziwnie było spać na fotelu zabiegowych, który przynieśliśmy do sali Willa. 
Obudziło mnie coś co uderzyło mnie w twarz. Zabrałam materiał z twarzy i przetarłam oczy. 
-Tak fajnie śpisz... Może powinniśmy wziąć ten fotel do domu. -usłyszałam dobrze znajomy mi głos zerwałam się i rzuciłam na Willa.-Też cię kocham maleńka. -pogłaskał mnie po głowie. -Hej ty płaczesz? -spojrzał na mnie. 
-Wrócisz już do domu durniu. -wytarłam łzy. 
-Dlaczego mój stary wygląda jak strażnik? -zaśmiał się a ja spojrzałam na mężczyznę, który spał na krzesełku przy drzwiach z złożonymi rękoma.
-Jak się czujesz? -wstałam przypominając sobie, że jest przypięty jakimiś kabelkami do jakiegoś urządzenia. Nie mam pojęcia co to jest. 
-Głowa mnie strasznie boli. 
-Może zadzwonię do tego lekarza? -przestraszyłam się. 
-Daj spokój nie mam już tego gówno w głowie! -zaśmiał się. -Możesz dać mi wody, strasznie chcę mi się pić. -poprosił a ja wyjęłam butelkę z torby którą pewnie przygotowali nasi rodzice.
-Nie patrz tak na mnie. -oddał mi butelkę. 
-Po prostu się cieszę. Skąd w ogóle ten pomysł? Z operacją? 
-Zaproponował to znajomy mojego ojca, na początku było to absurdalne, bo szanse były niewielkie, a wiesz kto mnie przekonał? A.K. Powiedziała, że do stracenia mam kilka dni życia, a do zyskania całe życia. Cieszę się, że mnie namówiła. Wiem, że się we mnie podkochuje. -przekręcił oczami, a ja się zaśmiałam. 
-Od dzisiaj może jeść u nas codziennie. 
-Tak. Jak w ogóle się dowiedziałaś? 
-Za to cię zabiję. Nigdy bym sobie nie wybaczyła gdybym się nie pożegnała. 
-Teraz jest już dobrze. Będę ci gotować....budzić do szkoły...-przedrzeźnił mnie. 
-Kocham cie Will. -uśmiechnęłam się szeroko. 
-Ooo ja ciebie też. Budź ojca chcę do domu. 
Tak zrobiłam, obudziłam Georgea, który zadzwonił po swojego kolegę, żeby przebadał Willa, a ja pojechałam do domu szykować imprezę powitalną. 
Nie miałam czasu nic zrobić więc z mamą zamówiłyśmy pizze, a Charlie pozapraszał jego znajomych. 
Było z piętnaście osób czekaliśmy aż w końcu przyjedzie, długo czekaliśmy... I w końcu przyszedł. Loczek wszedł z obandażowaną głową z pomocą swojego ojca, a wszyscy zaczęliśmy krzyczeć i klaskać. Biedny został wyściskany przez wszystkich, aż prawie się popłakał. Prawie wszyscy byli już pełnoletni więc wypiliśmy szampana, mama nie miała mi tego za złe. Biedny Will przyglądał się nam z pragnieniem. On oczywiście musi jakiś czas stronić od takich rzeczy. 
Wszyscy byli zajęci Willem, który jak na przesłuchaniu odpowiadał na pytania. 
Po kilkunastu minutach drzwi frontowe trzasnęły z wielkim hukiem i wszyscy umilkli. Była to jedyna osoba, której brakowało. 
-Siema, przyszłam na obiado-kolację! -Wrzasnęła na cały dom i weszła do salonu z jakimś kartonem. -O proszę mój łysy przyszły mąż. -wszyscy się zaśmiali. 
-Moja przyszła żona. Chodź do mnie, chyba nie dam rady wstać. -A.K. oddała pudełko Charliemu i usiadła na kolanach Willa, który ją przytulił. 
-O, Rose, zobacz co jest w pudełku. 
Powoli podeszłam, bo od razu pomyślałam, że to jakiś żart i jest tam coś co zostawił pan Frankie. To zdecydowanie w stylu A.K. 
Charlie opuścił je trochę w dół, a ja zobaczyłam w środku kilkanaście torebek z niebieskimi rybkami. Spojrzałam uśmiechnięta od ucha do ucha na Willa. 
-Obiecałem, że kupię piętnaście Bobów. -puścił mi oczko i zaczął opowiadać historię o Bobie samobójcy, a ja zażenowana zabrałam pudełko i zaniosłam do pokoju Willa. To akwarium które kupiłam jest stanowczo za małe. 
-George mi to dał. -odwróciłam się do drzwi, gdzie stał Devries z wielkim akwarium w rękach. 
-O tym właśnie myślałam. -uśmiechnęłam się i pokazałam ręką żeby postawił je na parapet. 
-Wiesz... Za to wszystko coś mi się należy. -odłożył je, a potem zamknął drzwi. 
-O co ci chodzi? 
-No wiesz... Wtedy na imprezie... Wczoraj. -poruszył brwiami i zrobił krok w moją stronę. 
-Jeszcze krok, a zacznę krzyczeć. -powiedziałam przestraszona. Nie miałam pojęcia do czego on jest zdolny. 
Gdy tylko to powiedziałam jego oczy powiększyły się dwa razy. 
-Mmyślisz, że mógłbym coś ci zrobić? -za jąkał się. Nie był ani pewny siebie, ani agresywny, raczej smutny. 
-Oboje dobrze wiemy jaki jesteś. 
-Zmieniłem się. -odpowiedział szybko natarczywie patrząc mi w oczy. 
-Nigdy w to nie uwierzę. -prychnęłam.
-Pokaże ci. 
-Nie chcę, mam gdzieś to czy się zmieniłeś czy nie, bo nie mamy ze sobą już nic wspólnego. 
-Oprócz przeszłości i tego, że cię kocham. 
-Tą miłość to ty chyba sobie uroiłeś. Wiesz co o tym myślę. 
-Pokaże ci. -zacisnął wargi i wyszedł.
Nie myślałam nawet nad tym przełożyłam rybki do akwarium i je nakarmiłam. 
Gdy zeszłam na dół była już tylko A.K., która obrzerała się pizzą, Will i nasi rodzice. 
-O a gdzie wszyscy?
-Stwierdzili, że Will musi odpocząć i wpadną kiedy indziej. 
-O miło z ich strony. 
-No, zostawili mi pizze.- wybełkotała z pełnął buzią A.K.
-Zjesz jeszcze jeden kawałek to pękniesz. 
-Nigdy mi się nie zdarzyło. 
Usiadłam obok Willa i przytuliłam się do niego, a on wsadził nos w moje włosy. 
-Pomożesz mi wejść na górę?-poprosił więc wstaliśmy, objęłam go w pasie i zaprowadziłam do pokoju. A.K. krzyknęła, że zabiera pizze i poparta śmiechami naszych rodziców wyszła. 
-Wyjmę ci jakieś ciuchy na przebranie.
-Dzięki strasznie chce mi się spać. Pomożesz mi się umyć? 
Widać było, że to dla niego żenujące, prosić o to wszystko, ale nie powinno, przecież jest tuż po opresji, tak na prawdę powinien być w szpitalu. 
-Jasne. Wstawaj. -pomogłam mu i poszliśmy do łazienki. W czasie gdy brał prysznic siedziałam tyłem do niego na muszli klozetowej, a gdy udało mu się założyć bokserki pomogłam mu się wytrzeć. 
Strasznie schudł widać jego żebra, obojczyki, a brzuch zrobił się wręcz wklęsły. 
Teraz już będzie tylko lepiej. 
Z moją małą pomocą ubrał resztę ubrań. 
-Dzięki. 
-Nie ma za co, zrobiłbyś dla mnie to samo. -posłałam mu szeroki uśmiech. 
-Jeżeli masz problem to mogę pomóc ci się przebrać. -poruszył brwiami. 
-Oblech. Umyj zęby, bo ci z mordy jebie. -wyjęłam szczoteczkę i pastę.
-O-ou
-Co? 
-Robisz się taka jak A.K.
-Straszna? -zaśmialiśmy się.
-Wulgarna. 
-Ty też jesteś wulgarny. 
-Byłem. Już nie jestem. -powiedział dumny. 
-Więc nadrabiam za ciebie. Mogę ci umyć zęby?
-Możesz, ale pamiętaj żeby użyć pasty a nie kwasu solnego. -zaśmiał się i pomogłam mu usiąść na wannie. 
Było to zabawne, pasta ciekła mi po twarzy a ja próbowałam ją wytrzeć ręką, bo ręcznik był trochę daleko. 
-Wyglądasz jakbyś miał wściekliznę. -zaśmiałam się, a on w odpowiedzi prychną więc kropelki piany wylądowały na mojej twarzy. 
-Ugh, jesteś okropny. Koniec.-podałam mu kubek z wodą, a on wypłukał usta. 
-Mycie zębów jednak może być zabawne.
-Tak, jak tylko poczujesz się lepiej to dostaniesz nauczkę. -pomogłam mu wstać i poszliśmy do jego pokoju. 
-Nie boję się ciebie. 
-Zadzwonię po A.K.-chłopak spojrzał na mnie przerażony. 
-Nie zrobisz tego. -pokręcił głową. 
-Zrobię. 
-Kto to słyszał żeby żona biła męża?!-wybuchliśmy śmiechem. 
-W przypadku Kate pewnie tak będzie. 
-Muszę się porządnie zastanowić przed ślubem. 
-Ty się zastanawiaj, a ja idę się umyć. 
-A myślałem, że już nigdy więcej nie będę w tym domu... Idź szybko i może obejrzymy jakiś film? 
-Jeżeli nie jesteś zmęczony to okay. 
Umyłam się chyba w pięć minut, niestety Will już spał więc przykryłam go i poszłam do siebie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemson! 
Sprawdziłam tylko co trzecie zdanie, więc so sory za błędy.
Noi..... ALE WAS WROBIŁAM CO? xxDD
MYŚLELIŚCIE, ŻE TYP UMRZE, CO? ZE MNIE TO JEDNAK DOBRY ŻARTOWNIŚ xd
oke, so sorry wszystkich, którym powiedziałam, że z Willem koniec :D
Dobra, rozdział z błędami dlatego, że jutro mam sprawdzian z angielskiego, trzymajcie kciuki!
Ogólnie. co u was?
Love
-Kate xx

czwartek, 24 listopada 2016

38.

*ROSE*
Cały tydzień siedziałam w szpitalu, oczywiście przed szkołą i po szkole. Zaprzyjaźniłam się z pielęgniarkami, które dawały mi darmową kawę, kupuję dla Willa jedzenie, sprawdzam czy oddycha...jak to brzmi.
Śpię z Willem, znaczy "śpię", bo nie udaje mi się to. Tabletki wywołują u mnie koszmary więc je odstawiłam i znów pojawiły się wory pod oczami.
Wracając do Willa, już wszystko wiadomo. Nie da się nic zrobić. Choroba postępuje bardzo szybko i operacja mogłaby go zabić, więc faszerują go lekami, które mają przedłużyć jego życie.
Nie chcę o tym myśleć.
*CHARLIE*
Dziś jest piątek i zrobiliśmy imprezę bez alkoholu.
Taką dla nerdów.
Ja, Leo,Will, Rose i A.K. graliśmy w karty na szpitalnym łóżku.
Wiem, że Will jest zadowolony, że przychodzimy, ale też widzę, że go to męczy. Boli go głowa, a od leków jest mocno osłabiony. Widać, że jego mięśnie zanikły, schudł, a jego skóra ma szaro żółty odcień.
I tak mocno zmienił się w tydzień.
Mimo, że jest chory-wiadomo-to nadal martwi się tylko o Rose.
Dziewczyna siedzi u niego non stop, chodzi tylko do szkoły, w szpitalu się nie wyśpi, mało je, żyje na kawie, a najbardziej boli go jej płacz.
Rose ciągle płacze. 

Moim zdaniem nie powinna pokazywać tego przy nim, ale nie mam nawet szansy z nią porozmawiać, bo nie odstępuje Willa na krok.
Robiło się już późno i musieliśmy się zbierać.
-Rose, może byś poszła do domu, no wiesz wyspać się porządnie. -zasugerował ostrożnie Will.
-Nie jestem zmęczona.
Jasne, wygląda prawie tak samo źle jak Will.
-Potrzebuje kilku rzeczy i fajnie by było gdybyś mi je jutro przywiozła.
-W takim razie jutro z rana po nie pojadę.
Nic, kompletnie nic do niej nie dociera.
Przyjaciel spojrzał na mnie oczekując pomocy.
-On ma rację, jedź sobie do domu, nie wiem prześpij się, posprzątaj odrób lekcje czy coś. Ja z nim zostanę.
-Nie ma mowy, nie zostawię go z tobą. -spojrzała na mnie groźnie.
-To ja też zostanę. -zaproponował Leondre, ale jego też zjechała wzrokiem.
-Z tobą tym bardziej.
-Ałć.
A.K. spojrzała na nas i głośno wciągnęła powietrze.
-Rose won do domu. Nie spałaś do cholery przez tydzień. -prawie się na nią wydarła. Ona nie ma takich oporów jak my.
-Spałam...
-Gówno prawda, dwie godziny to ja śpię w szkole koleżanko. Ja zostanę z Charliem, a Leondre dopilnuje, żeby ci przypadkiem do tej pojebanej głowy nie wpadło wrócenie tu. -zaczęła ich oboje wypychać.
-Ale...
-Nie ma ale. Idziesz do domu, bierzesz leki i śpisz do trzynastej, a ja spokojnie mogę przynieść Willowi śniadanie.
-Niee, lepiej zostanę. -uparła się.
-Czy ty kurwa nie rozumiesz, że jak tak dalej pójdzie to niedługo ciebie będę odwiedzać w szpitalu? -uniosła brwi. -Powiem ci, że jest mi to cholernie nie na rękę.
-Ugh, okay. Jak coś dzwońcie! -krzyknęła zanim A.K. wypchnęła ich za drzwi i je zamknęła.
-Kate uwielbiam cię. -stwierdził Will.
-Faktycznie ostatnio nie wygląda dobrze.
-Mówiła ci coś?
-Nah, prawie w ogóle nie rozmawiamy. W szkole mało się odzywa, a po szkole się nie widzimy.
-Za jakieś pół godziny możecie iść.
-Zwariowałeś? Rose by nam nogi połamała.-zaśmiała się i zaczęła wyjadać kolacje Willa.
***
Chłopak dostał mnóstwo kolorowych tabletek na wszystko co się da, a potem zasnął.
Siedzieliśmy na parapecie w ciemniej sali.
A.K. spojrzała na mnie znacząco kierując swój wzrok to na mnie to na szafkę.
-Jutro mu odkupimy. -machnąłem ręką i powoli podszedłem do szafki, w której były słodycze. Opróżniłem ją i oboje usiedliśmy na ziemi. Włączyłem muzykę na słuchawkach, podałem jedną dziewczynie i zaczęliśmy się obżerać.
-Rose się pyta czy wszystko okay i mam z rana kupić jakieś owoce, a ona przywiezie coś zdrowego. -szepnęła.
-Słodka jest.-stwierdziłem.
-Niby tak... Ale sama się wykończy. Fizycznie i psychicznie. Nie śpi, nie je, tylko płacze i się martwi...
-Wiem, wszyscy to wiemy, ale jej tego nie wytłumaczysz.
Przerwała nam starsza pielęgniarka, która spytała czy jest Rose, bo przyniosła jej kawę. Dała nam ją a potem przyniosła druga.
Na prawdę miła kobieta.
***
Siedzieliśmy oparci o ścianę, a oczy już prawie nam się zamykały. Znaleźliśmy zabawę :Jaka to piosenka. Ja śpiewałem kawałek piosenki a ona zgadywała tytuł i wykonawcę. Skubana wygrała chyba milion do zera, wszystko zgadywała jak z automatu. W sumie dobrze, gdyby przegrała mogłaby mnie pobić.
-A to"Deep in my heart, there's a fire, a burning heart
Deep in my heart, there's desire for a start "

-Modern Talking. Zamknij się już.-ziewnęła, otwierając swoją umalowaną buzie, jak lew. -Nie dam rady myśleć.
-Połóż się do Willa.
-Nah, nie chcę go budzić. Poza tym będzie mu niewygodnie.
-Wow, ty zawracasz uwagę na takie rzeczy?
-Nie wkurwiaj, Will to chyba najlepszy chłopak jakiego poznałam. Nie mogę uwierzyć, że... Jest chory.
-Tak ja też. -spuściłem wzrok. -Zawsze musi się coś spieprzyć.
-Wyjdzie z tego i wszystko będzie okay.
-Skąd możesz to wiedzieć? Lekarze dają mu dwa miesiące.
-Bo wiem. Will jest tak zapartym człowiekiem ma tyle kochających osób w ogół siebie... Rose-zaśmiała się. -On wygrzebie się z największego gówna. Jeżeli tylko się nie podda, wszystko jest w naszej podświadomości. -uderzyła mnie palcem w skroń. -Wierzę, że za kilka miesięcy przyliżę się z nim na jakiejś domówce po pijaku, będziemy tańczyć i spędzimy zajebiście czas jak przyjaciele. On też musi wierzyć, że jego życie nie jest ograniczone do jakiegoś czasu który wyznaczył mu pieprzony doktorek. Ja wierzę, że to wcale nie jest koniec.
-Chciałbym mieć takie samo nastawienie.
-To je sobie zmień.
-Ta... Jutro Will nas zabije za te zjedzone słodycze. -zaśmialiśmy się.
-Zawsze jest jakieś wyjście żeby zrzucić winę na tego niewinnego. -stwierdziła.
-Jak?
-On będzie krzyczał, że zjedliśmy jego słodycze, a ja na niego nakrzyczę, że powinien się zdrowo odżywiać. -wytłumaczyła a ja odchyliłem głowę do tyłu żeby nie wybuchnąć śmiechem i nie obudzić Willa.
-Nie warto się z tobą kłócić.
-Dokładnie, zawsze wygram.
Było już chyba około trzeciej i ziewaliśmy na zmianę. Nuciłem coś pod nosem, aż w końcu A.K. zasnęła. Pierwszy raz wyglądała niewinnie, jakby nie chciała zabić każdego kogo widzi, zawsze ma taką minę.
Jest bardzo ładna i pociągająca, ale wystarczy jej wzrok żeby zabić. Na prawdę. Podziwiam chłopaka, który ma odwagę do niej zagadać.
Zdjąłem bluzę, którą położyłem na jej nogi i przytuliłem jej głowę do swojego ramienia.
*KATE* 

Obudziłam się śliniąc koszulkę Lenehana. O w mordę.
Wyprostowałam się i lekko wytarłam palcami materiał. Blondyn spał z odchyloną głową do tyłu, miał lekko uchylone usta i cicho chrapał.
-Takie pociągające. -stwierdziłam z sarkazmem.
-Ty też chrapałaś.
Odwróciłam się, a na łóżku siedział rozbawiony Will.
-Ja nie chrapie. -wstałam czując ból pośladków i pleców. Ogarnęłam włosy i poprawiłam obrania.
-Nie musieliście tu być.
-To był ostatni raz.
-Taa nie pasujecie do siebie z Charliem.-zaśmiał się.
-Boże... Choroba wyżera ci mózg.
Przyznam to było chamskie, ale ja jakoś wszystko traktuje z wielkim dystansem i Will chyba też, bo wybuchł śmiechem. -Rose kazała ci kupić coś zdrowego. -powiedziałam i zabrałam swoją torebkę z krzesła.
-Błagam nie. Kate proszę, mi już się śnią te warzywa, które kupuje Rose, ja już nie dam rady... -złapał mnie za rękę i zrobił wielkie proszące oczy.
-Kupię ci kebsa, ale bez sosu. -ugięłam się.
-Wyjdziesz za mnie?
-Zjadłam ci słodycze!-wybiegłam z sali słysząc jeszcze "kurwa" Willa.
Sklepy były po drugiej stronie ulicy więc nie było problemu. Odkupiłam mu słodycze, które zjedliśmy, trochę owoców, sok i, po kilkunastu minutach szukaniu baru, kebaba bez sosu.
*ROSE*
Wzięłam te cholerne tabletki i spałam normalnie. Avril ma rację, nie czułam się za dobrze. 

Gdy się wyspałam w sumie nie było lepiej.
Jak wstałam szybko się ogarnęłam posprzątałam w pokoju Will i poszłam kupić mu parę rzeczy.




Niestety nawyki wróciły, rozglądałam się dookoła, a gdy spojrzał na mnie jakiś mężczyzna przychodził mnie dreszcz.
Przechodząc obok zoologicznego przez szybę zobaczyłam rybkę więc stwierdziłam czemu nie.
Wybrałam jakąś śmieszną niebieską, okrągłe akwarium jakieś jedzenie i wróciłam do domu.
Pod domem stał Devires, jak zawsze ubrany na czarno w wielkiej bluzie i kapturem na głowie.
-Siema!
-Sie ma, albo sie nie ma. Co chcesz? -spytałam wchodząc na podwórko, chłopak kulturalnie zabrał ode mnie torbę.
-Co ty rybę kupiłaś? -zaśmiał się i przyjrzał małemu stworzenie w torebce.
-To nie ryba, to... Bob.
-Bob? -jeszcze raz się zaśmiał a ja otworzyłam drzwi i weszłam do środka.
-Po co przyszedłeś?
-Tak...do ciebie. Porozmawiać czy coś.
-Czy coś... Nie mam za bardzo czasu. -stwierdziłam rozpakowując zakupy.
-A co takiego robisz?
-Zrobię coś na obiad dla Willa i jadę do niego.
-Wiesz, że nie musisz być tam całą dobę. Will jest wdzięczny, że tak o niego dbasz, ale martwi się, bo zaniedbujesz samą siebie.
*LEO* Martwię się o Rose. Mało je, mało śpi biega tylko od szpitala do szkoły i na odwrót. Widać już skutki, jest wykończona.
-Wiem, ale chcę. -zamknęła lodówkę i poszła umyć ręce. Zdenerwowała się tym tematem.
Podszedłem do niej i nachyliłem się nad jej uchem.
-Wykończysz się skarbie. -szepnąłem a ona się spięła.
-Nie mów tak do mnie. -powiedziała szybko zabrała rybke i pobiegła na górę.
Wróciła po kilku minutach i zabrała się za robienie zdrowego obiadu dla Willa.
-Nie lepiej coś kupić?
-Nie, musi się zdrowo odżywiać.
-Okay, a ty coś jadłaś?
-Śniadanie.
-Mhm, a co?
Chwila ciszy.
-Tosty.
Podszedłem do niej, ale nawet nie spojrzała, kroiłam jakieś warzywa.
-Dlaczego perfidnie kłamiesz? Zepsułem wam toster jakiś tydzień temu. -powiedziałem oskarżycielsko i założyłam ręce.
-Czego się czepiasz? Możesz iść i mi nie przeszkadzać? -prawie krzyknęła i gdy skończyła zdanie ostrze noża lekko przecięło jej palec. -Kurwa. -rzuciła wszystko i zaczęła płakać.
Nie bardzo wiedziałem o co jej chodzi, rana była ledwo widoczna, więc po prostu ją przytuliłem.
-Spokojnie, to tylko mała rana...
-Gdzieś mam tą ranę! Ja po prostu już nie wytrzymuję... Chce żeby był już w domu i on robił mi jedzenie, chcę żeby ściągał mnie z łóżka do szkoły i chcę żeby tu kurwa był! -zaniosła się głośnym płaczem, a ja jedyne co mogłem zrobić to przytulić ją mocniej. Will to też mój kumpel, też się martwię i też jest mi ciężko.
-Rosie, wszystko będzie dobrze.
-Możesz mi nie kłamać? Wiem, że nie będzie. Zdaję sobie sprawę z tego, że to już koniec. Leki tylko przedłużają jego męczarnie.
-Nie mów tak.
-Ale tak jest! Nie chcę go stracić.
Pocałowałem ją w głowę i poczekałem, aż się uspokoi. Po kilku minutach jakby nigdy nic dokończyła robić obiad.
***
*CHARLIE*
Siedziałem na ziemi i układałem z A.K. pasjansa. Super zabawa, polecam.
Will dostał leki i jest tak osłabiony, że ledwo mówi.
Nie mogę na niego patrzeć w takim stanie. To nie jest już Will. Nie Will, który przeleciałby każdą cudzoziemkę, nie Will, który mógł wypić litry alkoholu i nadal chodzić prosto, chociaż kurwa boli mnie serce nie poznaje go takiego.
Nagle do pomieszczenia wbiegła Rose od razu rzuciła się na łóżko i wtuliła w chłopaka. Za nią wszedł Devries z torebką, pewnie tym zdrowym obiadem, który miała zrobić i spojrzał na nas smutno.
Szybko wstaliśmy żeby zobaczyć zapłakaną Rose.
Zawsze płacze. Rozmawialiśmy o tym z Willem, który przez to czuję się jeszcze gorzej.
-Rosie, spokojnie. -powiedział tak jak zawsze i pogłaskał ją po głowie.
-Bob nie żyje. -wyszlochała, a my spojrzeliśmy po sobie.
-Przykro mi. -powiedział cicho, tak samo jak my nie widział o kogo chodzi. -Kto to... W sumie jest?
-Kupiłam ci rybkę. -wydusiła, a my odetchnęliśmy.
-Kupiłaś mi rybkę?-zaśmiał się słabo.
-Nazwałaś rybkę Bob? -wybuchła śmiechem A.K. a my razem z nią.
-Zamknij się, ty masz kota Pana Frankiego. -warknęła i znów wtuliła twarz w chłopaka. -Chciałam ci zrobić niespodziankę jak wrócisz do domu, ale Bob to pieprzony samobójca i wyskoczył z akwarium.
-Nie płacz, obiecuję, że jak wrócę do domu to kupię piętnaście Bobów. -dało się wyczuć w jego głosie smutek, bo przecież wiemy, że on już... nie wróci.
-Nie chcę Boba, chcę ciebie. -zaniosła się płaczem nie mogąc nawet złapać powietrza.
W moim gardle zebrała się wielka gula. Nienawidziłem, gdy płakała, bo sam wtedy chciałem się rozpłakać. Wszystkich nas dołowała.
Leżeli chwilę wtuleni w siebie, a my patrzyliśmy nie mogąc wydusić słowa.
Ten widok był okropny.
W końcu dziewczyna się ogarnęła, wytarła oczy i wstała wyjmując z torebki pojemniki z jedzeniem.
-Zrobiłam coś, ale oboje wiemy, że gotujesz lepiej.
-Wszystko co ugotujesz jest najlepsze. -uśmiechnął się i pilotem podniósł łóżko by być w pozycji siedzącej.
-Nie kłam. -otworzyła pojemnik i podała go razem ze sztućcem.
Gdy Will zaczął jeść postanowiłem porozmawiać z Rose. Ktoś musi zacząć ten temat.
-Rose, możemy? -wskazałem głową w stronę drzwi. Spojrzała na Willa, który nie zwracał na nas uwagi i wyszliśmy z pomieszczenia.
-Coś się stało?
-Właściwie...
-Z Willem?
-Nie, nie. To znaczy... Rose. Musisz się ogarnąć.
Może nie zacząłem dobrze, ale kurde, jak ja mam to powiedzieć.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
-Nie rozumiem.
-Więc zrozum, czy ty nie widzisz, że wszyscy cierpimy? -powiedziałem głośniejszym tonem. -Twoje ciągłe płacze wszystkich nas dołują. Pomyśl jak czuje się Will, który ciągle musi cię uspokajać. Spędzasz tu cały dzień idź do domu wyśpij się, a nie sprawiasz, że martwimy się nie tylko o niego, ale przy okazji o ciebie.
-Nie chcę żebyście się o mnie martwili. -pokręciła lekko głową.
-Więc przestań ryczeć!
-Will ci powiedział, że mnie tu nie chce? -spytała mając już zaszklone oczy.
-Nie, ale...
-Nawet nie wiesz jak ja się teraz czuję...
-Rose, wszyscy się tak czujemy.
-Wiesz co mi się dziś śniło? Że przyszłam do szpitala, a łóżko było puste. -po policzku spłynęła jej łza. -Nie wyobrażam sobie tego. Nie wyobrażam sobie, że mógłby umrzeć kiedy nie ma obok niego nikogo! W ogóle nie wyobrażam sobie, że mógłby umrzeć! Chcę spędzić z nim jak najwięcej czasu! Musi przy mnie być. Wiesz jak to jest siedzieć w jego domu bez niego?! Kiedy wstaje a dom jest pusty?! Mam tylko jego, a gdy go zabraknie kto ze mną zostanie?! Będę sama, bez jego głupiej mordy, która śmieje się ze mnie i bez jego dojrzałych rad, które wkurwiają mnie niesamowicie! Myślisz, że chcę płakać cały dzień?! Ja po prostu... Już nie daję rady. -wytarła swoje mokre oczy i wyszła z oddziału.
Spojrzałem na szybę  której widać salę Willa. Wszyscy patrzyli na mnie, włącznie z Wille.
Przeczesałem dłonią włosy i wszedłem do środka.
-Słyszeliśmy... -oznajmiła A.K.
-Gdzie ona poszła?
-Nie wiem, dajmy jej chwilę. -spuściłem wzrok.
Will odłożył pudełeczko i spojrzał na każdego z nas osobno.
-Obiecajcie, że jak mnie nie będzie zaopiekujecie się nią. -poprosił cicho, a ja zdałem sobie sprawę, że to się dzieje na prawdę.
Go na prawdę niedługo zabraknie.
-Will...
-Obiecajcie.
***
*ROSE*

-Przepraszam, ale Michael nie chcę z panią rozmawiać.
-Proszę mu powiedzieć, że to poważna sprawa.
-Niestety, nie mogę nic zrobić.
-To niech mu pan kurwa powie, że mam dla niego zaproszenie za pogrzeb!
-zacisnęłam powieki. -Przepraszam, to na prawdę ważna sprawa, jestem zdenerwowana.
Słyszałam jak mężczyzna głęboko wzdycha.
-Chwila. W oczekiwaniu nerwowo uderzałam stopą o chodnik.
-Czego? -usłyszałam jego głos.
-Michael...
-Jeżeli chcesz mnie przepraszać, to sorry nie mam czasu.
-Nie... Chcę tylko porozmawiać.
-zaszlochałam.
-Ty płaczesz? -spytał już spokojnie.
-Nie, po prostu...Will jest w szpitalu. -wydusiłam i wytarłam policzek.-Guz mózgu.
Chłopak nie odzywał się chyba wieczność.
-Jak on się czuje?
-Jest źle...
-przełknęłam ślinę. -Nie wiem ma najwyżej miesiąc.
-Rose nie żartuj sobie.
-Czy ja brzmię jakbym żartowała?!
-Dobra spokojnie... kurwa. No nie. Jesteś u niego?
-Taak, jestem przed szpitalem.
-Mogę z nim pogadać?

Zdziwiłam się trochę, ale wstałem ze schodów do wejścia szpitala, akurat zbiegała A.K. pocałowała mnie w policzek i pobiegła dalej, a ja poszłam do Willa.
-Do ciebie. -przekazałam mu telefon,  pewnie myślał, że to rodzice.
-Mhm?
-...
-O stary, jak żyjesz? Dają ci chociaż mąkę do wciągania? -zaśmiałam się, co za idiota.
Leondre i Charlie spojrzeli na mnie pytająco, a ja odpowiedziałam na "pytanie"-Michael.
-...
-Spierdalaj, ma być w domu do osiemnastki.
Podejrzewam, że chodziło o mnie.
Rozmawiali przez kilka minut, głównie śmiejąc się z siebie nawzajem.
Niestety Michael musiał kończyć, więc ja już z nim nie porozmawiałam.
-Powiedział, że jak skończysz osiemnaście lat to weźmie cię do siebie. -oznajmił całkiem poważnie.
Trochę mnie zatkało. Jeżeli to nie był żart to WOW.
-Serio?
-Na to wygląda.
***
*tydzień później*

Will jest coraz słabszy zmienia się z dania na dzień. Bywało nawet tak, że mówienie go męczyło.
George został u niego na noc, a ja spędziłam bezsenną noc w domu.
Nie biorę leków, bo wolę być zmęczona niż śnić o śmierci Willa.
Wstałam o piątej, posprzątałam, umyłam się i ogólnie ogarnęłam. 




Zrobiłam obiad dla Willa odrobiłam lekcję, a gdy skończyły mi się zajęcia chciałam jechać do szpitala.
Założyłam już buty, ale jak zwykle musiał mnie ktoś zatrzymać. Usłyszałam pukanie do drzwi, a potem do domu po prostu weszli Leondre i Charlie.
-O, gdzie idziesz? -spytał lekko zdenerwowany blondyn.
-Do Willa.-chciałam ich ominąć, ale przede mną staną Devries.
-A może pójdziemy coś zjeść czy coś...
-Nie, zrobiłam obiad dla Willa. -znów chciałam przejść, ale mi się nie udało. -O co wam do cholery chodzi?!
-Nic, ja to wezmę. -Charlie wyrwał mi torbę. -Zawiozę mu.
-O, to jadę z tobą. -tym razem odepchnęłam bruneta i wyszłam na dwór.
-Nie! -odwróciłam się do niego i zmarszczyłam brwi. -Przyjadą do niego znajomi. -powiedział szybko.
-Dzwoniłam do niego, George powiedział, że śpi.
-Może już wstał, przyda mu się jakieś towarzystwo, nie?
-W sumie...
-No właśnie. Ty zostaniesz z Leo. -szarpnął chłopaka i postawił przed sobą. -Zobacz jaki ładny chłopak .-pogłaskał jego włosy. -Odnowicie kontakty... czy coś tam.
-Charlie co ty brałeś? Jeżeli Will chce w spokoju pogadać ze znajomymi to okay, przyjadę wieczorem. -wzruszyłam ramionami, weszłam do domu i zdjęłam buty. -Niech zje i jak coś to zadzwoni do mnie.
Chłopcy spojrzeli po sobie.
-Dobra, zostawiam ci Devriesa, a ja lecę. Wszystko będzie dobrze pa. -powiedział szybko i równie szybko wyszedł.
-Wow, chłopak chyba idzie w ślady Michaela. -stwierdziłam i poszłam do salonu. -Możesz iść, taki ładny chłopak pewnie znajdzie jakąś ładna dziewczynę. -zaśmiałam się krótko i rzuciłam się na kanapę.
Całkiem poważny Devries usiadł zaraz obok mnie.
-Posiedzę z tobą. -powiedział smutny.
Coś jest nie tak.
-Coś się stało?
-Co? -spojrzał na mnie jakiś zdezorientowany. -Nie... Wczoraj cały dzień byliśmy w studiu i teraz jestem trochę zmęczony.
-Oh, możesz iść do domu.
Nie odpowiedział tylko włączył telewizor.
Przyglądałam się mu; był wpatrzony w reklamę pieluch dla dzieci.
Albo pedofil, albo planuje.
Zabrałam pilot i wyłączyłam dźwięk.
-Mów o co chodzi? -rozkazałam, a on spojrzał na mnie beznamiętnie, ale wiedziałam, że coś się kryje za tym wrokiem.

Devries się tak nie zachowuje, coś jest nie tak...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemson!
Jak życie?
U mnie to ogólnie codziennie ustna maturka z polskiego.;/ Padam na ryj.
Jak podobał się rozdział?
Nie to, że coś...ale o co może chodzić? XD
Dziękuję za komentarze i w ogóle to Angelika Xx, ostatni twój komentarz chyba wywiesze sobie na ścianie XD
Kocham 
-Kate xx