*ROSE*
Obudziłam się po ósmej, dzisiaj pójdę trochę później do pracy. Mam o tyle wygodnie, że pracuję nielegalnie, czyli bez umowy i przychodzę sobie o której chcę. Samuelowi to nie przeszkadza płaci od godziny i w sumie siedzę tam tyle ile się da żeby jak najwięcej zarobić.
Zeszłam na dół, pogoda dzisiaj była przepiękna, promienie oświetlały każdy kąt. Zaczęłam robić tosty i po piętnastu minutach zszedł Loczek.
-Dzień dobry!-przywitał się radośnie i wszedł do kuchni po kawę. -Widzę, że wracamy do cichych dni...
-Rose?-odwróciliśmy się do Michela, który stał centralnie za mną. -Boże...-widziałam smutek w jego oczach, gdy zobaczył mój policzek. Uniósł dłonie żeby złapać moją twarz, ale ostatecznie się powstrzymał.
-To nic takiego...
-Dlaczego tam poszłaś?
-Chcę ci pomóc. -byliśmy za blisko siebie przez co musiałam zadrzeć głowę w górę, a on w dół.
-Powiedz, że oni nic ci nie zrobili...
-Ma ogromną ranę na policzku, to nazywasz nic? -wtrącił się Loczek, ale nawet na niego nie spojrzałam.
-Nie, oddałam im pieniądze, ale Mich tak nie może być, musisz się ogarnąć i...
-Przepraszam. -przerwał mi i szybko wyszedł z domu. -Yh.. -wybiegłam za nim, ale widziałam tylko jak pobiegł w stronę przystanku.
-Rose, nie możesz się z nim zadawać, on cię w to wciągnie. Patrzyłam w stronę, którą pobiegł i wzięłam głęboki oddech.
-Zawieziesz mnie do pracy? -spytałam, bo niestety mój kierowca uciekł. Martwię się o niego, chcę mu pomóc, jakoś wyciągnąć z tego bagna, ale on nie daje mi szansy, nie mogę być z nim dwa cztery na dobę i pilnować.
-Jasne.
-Dzięki, pójdę się ogarnąć.
-Może coś zjedz?
-Zjem w pracy.
Pobiegłam na górę gdzie się umyłam, pomalowałam i przebrałam.
Dziwne, gdy zeszłam Will był już ubrany, tak długo mi to zajęło? Wyszliśmy z domu i wsiedliśmy do samochodu mojej matki. Nie wiem kto go tego nauczył, ale zawsze otwiera kobietom drzwi. To jest urocze. Czasem zastanawiam się czy mojej matce się nie nudzi, cały dzień spędza z Georgem, pracują w jednym szpitalu, w domu są razem, znaczy w domu... Nigdy ich nie ma w domu, chodzą na każdy film, który pojawi się w kinie, wszystkie sztuki teatralne, występy w operze, wystawy w muzeach, cholera...
-Dostałem się na architekturę. -Will odezwał się dopiero, gdy zatrzymaliśmy się pod moim miejscem pracy.
Na śmierć zapomniałam, Will idzie już do collegeu!
-To wspaniale.-uśmiechnęłam się.
-No, nie muszę się wyprowadzać do akademika, mam pół godziny drogi.
-Na prawdę gratuluję.
-Rozmawiałem też z Susan. -spojrzał na mnie już mniej radośnie. -Chce cię przenieść do prywatnej szkoły.
-To nie ma sensu, wracam do Cardiff.
-Rose...-zacisną powieki i machnął głową.
-Taka jest moja decyzja.
-Przed sądem powiem wszystko żebyś mieszkała z nami.
-Nawet jeśli cię znienawidzę? -uniosłam brwi. Zdziwił mnie tym.
-Nawet jeśli. Wiem, że jeżeli tam pojedziesz zamkniesz się w pokoju i odizolujesz od świata. Nie chce tego.
-Will, czy to czego ja chce nie jest ważne?
-Oczywiście, że jest, ale się mylisz.
-Przepraszam, muszę już iść.
-Przyjechać po ciebie?
-Michael przyjedzie.
-Nie ma mowy, o której kończysz?
-Powiedziałam coś. -otworzyłam drzwi i wyszłam.
Wiedziałam, że tak będzie, wszyscy oceniają nas po naszym zachowaniu, ale nikt nie pyta dlaczego tak jest. Przecież ludzie nie potrzebują żeby ktoś wytykał im błędy, tylko pomocy. Michael to dobry facet mimo swojego uzależnienia. Po prostu pogubił się i ciężko wybrać mu tą dobrą drogę.
-Dobry szefie! -krzyknęłam i weszłam do szatni.
-Rose, czy ty do cholery chociaż raz nie możesz przyjść na umówiona godzinę!?-krzyknął gdy zakładałam różowo biały fartuszek.
-Szefie zawsze przychodzę o siódmej. -przekręciłam oczami.
-Dzisiaj nie. -złożył ręce na pierś i oparł o ścianę.
-Przepraszam coś mi wypadło.
-Nie obchodzi mnie to. Jeżeli to się powtórzy zerwiemy umowę.
-My nie mamy umowy. -związałam włosy.
-Szacunku dla pracodawcy!-ruszyłam za bar a mój nie mający innych spraw szef za mną.
-Szacun szefie. -machnęłam ręką, a potem przyczepiłam sobie plakietkę z moim imieniem. Wzięłam notes oraz długopis i ruszyłam do pierwszego stolika. Zapisałam wszystkie zamówienia i wróciłam za bar. Nawet nie wiem jak nazwać moje miejsce pracy, niby to jogurtownia, ale jest tu wszystko, kanapki, trochę fast foodów, wieczorem piwo, bo często ludzie przychodzą tu oglądać mecz.
-Dzień dobry Frank, zamówienie. -położyłam kartkę z zamówieniami na okienku między barem a kuchnią, nalałam do kubeczków jogurty oraz napoje, a gdy wszystko było gotowe poroznosiłam jedzenie do stolików.
Nasz kucharz jest starym capem, znaczy ma 36 lat ale to i tak stary cap. Nigdy się nie odzywa, chyba, że chce mnie podkablować szefowi.
Szef czepia się o wszystko, ale tylko tak z zasady, to spoko facet. Ogólnie to ja napierdzielam za czterech, robię te głupie jogurty, biegam od stolika do stolika, a na koniec dnia sprzątam. Często też siedzę tu cały dzień, bo dobrze zarabiam. Usłyszałam dźwię dzwonka, który wisiał nad drzwiami. Odwróciłam się do drzwi żeby zobaczyć kto wszedł i od razu mina mi zrzedła gdy zobaczyłam mordę Devriesa. Ubrany był w czarne poszarpane na kolanach spodnie, koszulkę pewnie z wulgarnym napisem i różowego snapa odwróconego do tyłu. Zazwyczaj w ubiorze ma jakiś element, który zwraca uwagę.
-W końcu cię mam, chcę pogadać. -usiadł na krzesełku barowym i położył ręce na blacie. Zmarszczyłam brwi, pewnie Will powiedział mu gdzie pracuję...nie mam zamiaru z nim gadać.
-Nie mamy o czym.
-Rose, ty tu pracujesz, nie chcę żeby twoi znajomi przychodzili tu na pogaduszki. -przerwał nam szef.
-W takim razie poproszę jogurt.
-Słyszałaś Rose, podaj mu jogurt. -mężczyzna ruchem głowy wskazał na maszynę.
-Truskawkowy, czekoladowy, waniliowy, bananowy, jagodowy, miętowy, straciatella. -wystrzeliłam jak z procy.
-Co? -zmarszczył brwi.
-Chcesz czekoladowy.
Zrobiłam mu ten jogurt i postawiłam przed nim.
-Możesz zająć stolik.
-Dziękuję, wygodnie mi tu. -rozsiadł się i wsadził słomkę do ust. Nie chciałam z nim rozmawiać, więc poszłam posprzątać po osobach które już wyszły. Gdy wróciłam, szef nadal stał oparty o bar, a Devries grzebał w swoim telefonie.
-Chcę się tylko spotkać.-powiedział brunet gdy wypił swój jogurt.
-Nie ma mowy.
-Rose mówiłem, że to nie jest miejsce na spotkania towarzyskie.-skarcił mnie szef.
-W takim razie poproszę to samo. -chłopak rzucił pieniądze na blat. Przekręciłam oczami i zrobiłam mu ten cholerny jogurt po raz drugi. Oczywiście resztę wrzuciłam do słoiczka z napisem "tips".
-Proszę. -postawiłam przed nim tekturowy kubeczek ze słomka i poszłam obsłużyć stolik. -Frank zamówienie.-położyłam karteczkę.
Widziałam, że Devries pił swój jogurt wolniej, chyba nie stać go na kolejny. Przez godzinę miałam spory ruch ze względu na czas lunchu, pracowników z pobliskich firm przychodzą tu na kanapki wielkości yorka czy raczej kobiety na sałatki z pseudo kurczakiem. Bóg jeden wie co Frank wrzuca do tych sałatek. Gdy godzina naszego szczytu się skończyła mogłam trochę odetchnąć przy kawie.
-Odejmę ci ją od pensji. -narzekał szef.
-Odejmij.
-Odejmę. -założył ręce na piersi.
-I tak tego nie zrobisz, bo zapomnisz szefie. -upiłam łyka. Szef tylko spiorunował mnie wzrokiem i poszedł na zaplecze.
Mój szef to szczupły mężczyzna z około metrem siedemdziesiąt pięć. Jego włosy już siwieją i zawsze chodzi w brzydkich koszulach w kratę i jasnych spodniach. Udaje surowego, ale jeszcze nigdy nie spełnił swoich gróźb, dla niego liczą się pieniądze, za mnie nie musi odprowadzać podatków, noi chyba dobry pracownik ze mnie.
-Wredny szef?
-Da się znieść. -odpowiedziałam myjąc blat.
-Rose... Myślałem, że już miedzy nami jest dobrze, no wiesz po tej nocy, gdy weszłaś do mnie oknem... -zaśmiał się, ale widząc moją minę przestał.
-To źle myślałeś. Nic nie jest dobrze. Przyszłam z uprzejmości. Myślisz, że ci wybaczę po tym wszystkim co mi zrobiłeś? -spojrzałam na niego, a on jak zawsze zrobił te smutne oczy.
-Ja nie chciałem, wiem, że byłem chujem, ale ja się zmieniłem, na prawdę mi zależy.
-Pokazałeś moje zdjęcia w internecie, zniszczyłeś...
-Nie, posłuchaj. Jennifer pożyczyła ode mnie telefon, chciała zadzwonić do mamy czy coś i wzięła to zdjęcia.
-Nie miałeś prawa go robić! -krzyknęłam a do moich oczu napłynęły łzy. To przez niego wszystko się stało.
-Rose żałuję!
-I bardzo dobrze. Wyjdź z lokalu. -patrzyliśmy na siebie i musiałam bardzo się starać by nie zacząć płakać.
-Mam tylko nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz. -odwrócił głowę i wyszedł.
-Śnisz.
Wszyscy klienci na nas patrzyli. Odłożyłam szmatkę która miałam w dłoni i poszłam na zaplecze.
-Muszę zadzwonić do Michaela. -rzuciłam do szefa, który stał przy drzwiach i pewnie podsłuchiwał. Nie robił żadnych uwag, bo chyba widział, że byłam zdenerwowana i w sumie znał Michaela, z którym często pił piwo, gdy po mnie przychodził.
-Co tam słychać Rose?
-Był tu Leondre.
-Wszystko w porządku? -spytał z troską w głosie.
-Nie. -pokręciłam głowa. -Nienawidzę go, mam ochotę wybić mu zęby ...zasadzić drzewo i sprzedawać zęby dla szczerbatych, nienawidzę go.
-Zębowe drzewo? Brzmi super. -zaśmiałam się. Zawsze potrafi poprawić mi humor.
-Przestań, nie chce się śmiać, chcę wrócić do mojego pokoju i płakać cały dzień w łóżku. Możesz po mnie przyjść?
-Chcesz się śmiać Rosie! Chcesz się śmiać z jego powybijanych zębów i zębowego drzewa. A w twoim brzydkim pokoju nie chcesz nawet płakać, jest tak brzydki, że można tam jedynie strzelić sobie w łeb. Ty chcesz być teraz w tej jebanej pracy i robić te jebane jogurty! Rozumiesz?!
-Mich proszę, przyjdź po mnie i zabierz mnie do domu. -prawie płakałam błagając go o to.
-Przyjdę, ale nie wrócisz do domu. Nigdy już nie będziesz płakać w tym brzydkim pokoju. Jesteś silna i byle dupek nie będzie manipulował twoim życiem. Porozmawiamy i obiecuję, że będzie lepiej.
-Nie możesz mi tego obiecać.
-Masz rację, ty sobie to obiecaj Rosie.
-Po prostu przyjdź, proszę.
-Obiecaj.
Chwilę zastanawiałam się czy to ma sens. Przecież wiem, że tak nie będzie. Nigdy nie będzie lepiej. Jestem już naznaczona.
-Rose to ma sens jeżeli sama to sobie obiecasz. -powiedział jakby czytał mi w myślach.
-Rose twoje pieprzone życie będzie cholernie wspaniałe. -powiedziałam w końcu sama w to nie wierząc.
-Amen, będę za kilka minut.
Wróciłam za bar i przejęłam robotę od Samuela który nawet nie potrafił nalać jogurt do kubeczka. Wielka mi sztuka zrobić kółeczka dłonią.
-Wszystko okay?
-Tak, Michael zaraz przyjdzie.
-Jeżeli chcesz możesz wrócić do domu.
-On mi nie pozwoli. -wzięłam karteczkę z zamówieniem i zaniosłam napoje do stolika numer pięć.
Czarnowłosy faktycznie przyszedł po kilku minutach. Podszedł jakiś smutny i usiadł przy barze przyglądając mi się.
-Strasznie cię za to przepraszam. -powiedział ze skrucha, a ja przypomniałam sobie o ranie na moim policzku.
-To nie twoja wina.
-Przestań, dobrze wiem, że to przeze mnie.
-Eh, po prostu mi obiecaj, że taka sytuacja się więcej nie powtórzy.
-Obiecuję. -uśmiechnął się lekko.
-A ty obiecaj, że już nigdy nie wpakujesz się w kłopoty.
-Przynajmniej specjalnie. -sprostowałam.-Obiecuję.
-Okay, to daj mi piwo i powiedz na chuj przychodził tu Leondre . -rzucił na bar banknot.-A i mam dla ciebie pieniądze.
-Skąd wziąłeś je tak szybko? -zmarszczyłam brwi.
-Starzy nadal przelewają pieniądze na moje stare konto, po tych latach sporo się uzbierało i niestety musiałem je wziąć.
-A okay.
-To dasz mi to piwo? -uniósł brwi.
-Dowodzik proszę.
-Co?
-Głuchy jesteś? -oparłam łokcie na blacie, brodę na dłoniach. I uśmiechnęłam się słodko.
-Przecież wiesz, że zawsze zostawiam go na stole w kuchni.
-Oh zawsze się tak mówi, nie ma dowodu nie ma piwka, przykro mi.
-Rosieee... -Gdy jestem w pracy nie jesteśmy na ty.
-Sam sobie wezmę. -przeskoczył blat i nalał sobie piwa.
-O Michael! -z zaplecza wyszedł mój szef. O nie.
-Siema szefie Rose. -chłopak podał mu dłoń i wrócił na swoje miejsce.
-Byłbym wdzięczny gdybyś tak nie robił. Rose daj mi piwa.
-Samuel, co tam u twoich córek?
-Cindy ma jutro występ w szkole baletowej, jestem z niej taki dumny.
Co ja bym dała żeby usłyszeć to od moich rodziców.
-To chyba powinieneś ją teraz wspierać... Co?
-Masz rację, Rose zamkniesz lokal? -odwrócił się do mnie.
-Jasne szefie.
Samuel dał mi klucze, wziął kurtkę i wyszedł.
-To opowiadaj. -rozkazał czarnowłosy upijając łyka swojego piwa. -Przeprosił mnie.
-Tyle?
-Próbował się tłumaczyć, że to Jennifer wzięła jego telefon i to ona zrobiła ten profil, ale tak czy siak nie powinien robić mi tego zdjęcia.
-Kto to Jennifer?
-Z nią najpierw mnie zdradził.
-Laska chłopaka który się o ciebie założył.
-Tak. Kurde nienawidzę go, ale...
-Nie stop, żadne ale, powinnaś mu wybaczyć jeżeli jesteś pewna, że mówi prawdę i tyle. Żadnych uczuć, kompletnie cię zniszczył, zobacz co z tobą zrobił.
-To tylko i wyłącznie moja wina. -spuściłam wzrok. -Wiedziałam jaki jest.
- O nie, znowu wracamy do punktu wyjścia, znów się obwiniasz tak jak przez cały wasz związek. -uderzył mnie palcem wskazującym w ramię. -Nic nie było twoją winą, zaufałaś mu, bo myślałaś, że jest dobrym człowiekiem, a on to wykorzystał. Zniszczył ci psychikę, rozkochał a potem kazał myśleć, że jesteś nikim. Rose jesteś wspaniała, możesz wszystko, tylko musisz w to uwierzyć. -dotknął mojej dłoni, ale szybko ją zabrał. -Przepraszam.
-Nie szkodzi.
-Rozmawiałem z kolegą, jutro przyniesie mi te leki.
-W końcu, ledwo żyje.
-Ale tylko jedno opakowanie, nie wiem czy uda mu się więcej, są dość mocne.
-Wystarczy. Dzięki.
-Masz tu pieniądze.- wcisnął mi w dłoń banknoty.
-Dziękuję panie Lancaster, interesy z panem to czysta przyjemność. -wsadziłam je do tylnej kieszeni jeansów.
Do siedemnastej był luz, a potem aż do dwudziestej nie było momentu gdy stałam. W pół do dziesiątej zaczęłam już sprzątać, bo wtedy już zazwyczaj nie mamy klientów. Piętnaście po udało nam się wyjść z lokalu. Michael jak zawsze odprowadził mnie do domu i wrócił do siebie. Powiedziałam ciche "cześć" mamie i Georgeowi, którzy oglądali jakieś film a potem pobiegłam do swojego pokoju.
***
Dziś jest pierwszy dzień roku szkolnego, jestem już w tym mieście rok.
Pieprzony rok.
Rozprawa sądowa jednak się odbędzie i na samą myśl mam mdłości.
Co jeśli coś pójdzie nie tak i będę musiała zostać tu kolejny rok? Nie widzę tego.
Z łóżka wstałam tak niechętnie jak jeszcze nigdy, prawie w ogóle nie spałam i cała się trzęsę na samą myśl.
Musiałam w końcu wstać się umyć. Zrobiłam makijaż ten co zawsze i założyłam mundurek, który wczoraj przysłała szkoła. Pf, szkoła dla bogatych dzieci. Dorośli myślą, że tam młodzież jest dobrze wychowana, gówno prawda, jest pewnie jeszcze gorzej niż w zwykłej szkole. Liczą się tak pieniądze i wygląd.
Nie podobało mi się że w mundurku była spódniczka, więc po prostu założyłam czarne rurki z dziurą na kolanie, która jest przez to, że Mich kiedyś podstawił mi nogę i upadłam na chodnik.
Moja szkoła jest na drugim końcu miasta i codziennie będzie mnie ktoś woził i przywoził do domu, co jest ogromnym plusem.
Gdy byłam już gotowa, wzięłam torbę i zeszłam na dół.
-Dzień dobry, uśmiechnęła się mama.
-Możemy już jechać? -poszłam na korytarz żeby założyć buty.
-A śniadanie? -nie odpowiedziałam, bo wyszłam już do samochodu.
Usiadłam i zapięłam pasy, włączyłam jeszcze radio, żeby nie było tej niezręcznej ciszy.
Mama przyszła po chwili i usiadła za kierownicą.
Droga była niemiłosiernie długa, ale w końcu dotarłam.
-Mam nadzieję, że w nowej szkole będziesz czuła się lepiej i...zostaniesz z nami. -spojrzała na mnie z troską.
-Ta. -burknęłam tylko i wyszłam.
Szkoła była wielka, a na dziedzińcu było mnóstwo osób, które przez mundurki wyglądały tak samo.
Poprawiłam torbę na ramieniu, wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę wejścia. Wszyscy się witali i przytulali po tych dwóch miesiącach rozłąki.
Weszłam do budynku, wszystko wyglądało o wiele lepiej niż w moich starych szkołach. Uczniowie kierowali się w jedną stronę, więc wtopiłam się w tłum.
Weszliśmy do jakiegoś forum, gdzie była scena i mnóstwo krzeseł. Trochę jak kino.
Zajęłam miejsce w ostatnim rzędzie na ostatnim krzesełku. Nikt nie siedział obok mnie, kilka miejsc dalej usiadły jakieś pierwszaki.
Odbył się apel, na którym dyrektorka mówiła o tym jaki ten rok szkolny będzie wspaniały.
No super, a co.
W tym roku poznamy wielu znajomych! Przyswoimy nową wiedzę! Będzie super, wspaniale, niesamowicie!
No też tak kurwa myślę, szkoła jest przecież cholernie fajna, nie?
W końcu ten głupi apel się skończył i wszyscy zaczęli się przepychać do wyjścia, ahh ta kultura bogatych dzieciaków.
Układ sal był dość prosty, ale i tak weszłam do sali ostatnia.
Oczywiście wszyscy patrzyli na mnie.
-Dzień dobry, miałam problem ze znalezieniem sali. -od razu się wytłumaczyłam.
-Nie szkodzi, możesz usiąść. -szybko zeskanowałam salę wzrokiem, znajdująca jedyne miejsce na końcu sali. Podeszłam do ławki, w której siedziała dziewczyna z burzą loków.
A.K., to ta dziewczyna, o której mówił mi kiedyś Will.
Na miłą to ona nie wygląda, cholera...
Podniosła na mnie wzrok i prychnęła.
Coś czuję, że się zaprzyjaźnimy.
Usiadłam na krzesełku i odsunęłam się na koniec blatu.
Czułam, że jak zajmę jej połówkę czy coś to mnie zabije swoim wzrokiem.
Owszem była bardzo ładna, ale miała Bitch Face, który od razu sugerował, że nie jest miłą dziewczyną.
Nauczycielka wyczytała obecność, a przy mojej koleżance z ławki zachowała się trochę dziwnie.
-A... Kate Lancaster.
Jak można pomylić imię ucznia, którego uczy się już dwa lata? Można no.
Mówiła nam o tym, jak ten rok będzie fajny bla bla bla, przeraziłam się, gdy zaczęła mówić o wycieczce.
No nie... Znowu?
Na jutro mamy przynieść pieniądze, bo za dwa dni jedziemy.
Dwie noce z normalnymi ludźmi, mam się śmiać czy płakać?
Po wszystkim mogliśmy iść do domu.
Wyszłam z sali pierwsza. Usiadłam na ławce przed szkołą i zadzwoniłam do Michaela żeby po mnie przyjechał.
Dzień minął spokojnie, do wieczora byłam u Micha, zamówiliśmy pizze, on musiał zrobić kilka projektów a ja oglądałam seriale.
Tak często tu jestem, że czuję się jak w domu, w sumie nawet lepiej niż w domu.
Po dwudziestej odwiózł mnie do domu. Will spytał jak było w szkole, powiedziałam, że dobrze, spytałam jak u niego, powiedział, że dobrze i poszłam do swojego pokoju.
***
Kolejny pieprzony dzień roku szkolnego, ubrałam się tak samo jak wczoraj a do szkoły znów zawiozła mnie mama. Szybko znalazłam salę i moje miejsce obok koleżanki.
Pachniała papierosami i jakimiś dobrymi perfumami. Powiedziałam nawet cześć, ale odpowiedziała mi cisza.
Nie zależy mi na znajomości z nią, ale kulturę mam.
Lekcje były nudne jak flaki z olejem i musiałam się mocno starać żeby nie zasnąć.
Długa przerwa, tego czego najbardziej się obawiałam, weszłam na stołówkę i wyszukałam wzrokiem bar. Była kilometrowa kolejna, ale co mogę zrobić, stałam tam ponad pięć minut, a gdy nadeszła moja kolej przejrzałam jedzenie i wybrałam sałatkę i sok pomarańczowy.
Miejsce...musiałam znaleźć takie żeby się nie narazić jakiejś elicie czy coś. Jeden stolik był w połowie pusty, więc usiadłam na wolnej połówce. Siedziały przy nim tak zwane kujony, które miały rozłożone książki na stoliku.
Żeby czuć się mniej niezręcznie wyjęłam telefon i przeglądałam wszystko co się da. Co jakiś czas spoglądałam na ludzi, żeby się mniej więcej zorientować. W oczy od razu rzuciła mi się szkolna elita i Bóg najwyraźniej chciał mnie ukarać, bo cała elita jest z mojej klasy, jak powiem, czy zrobię coś nie tak mam przejebane.
Wypatrzyłam też A.K. siedziała przy stoliku z jednym chłopakiem. Ona wygadała na jedną z dziewczyn z elity, a on na gościa od komputera. Miał włosy w kucyku i okulary typu kujonki. Był nawet trochę przystojny.
Zjadłam moją sałatkę akurat gdy zadzwonił dzwonek. Wróciłam na lekcje, gdy wchodziłam do sali, w drzwiach zostałam potrącona z bara przez A.K. Uroczo...
Resztę dnia spędziłam tak jak wczoraj, a w domu spakowałam się na jutrzejszą wycieczkę.
***
Musiałam wstać o szóstej, przez co spałam trochę ponad trzy godziny.
Ogarnęłam się, wzięłam swoją walizkę i zeszłam na dół.
Oczywiście mama mnie podwiozła i chwilę stałam przed autokarem wypełnionym uczniów.
To będzie wspaniały czas...
Weszłam do pojazdu i zajęłam jedyne wolne miejsce tuż za nauczycielkami, nawet nikt się nie dosiadł. I dobrze w sumie, chce to odbębnić i wrócić do domu. Masakrą będą pokoje.
***
Dostałam pokój z trzema przyjaciółkami, a ja byłam ta czwarta, którą ma się w dupie.
Zeszłam na obiad do stołówki, szycieczka była dość droga więc obiad był dobry, prawie jak w restauracji.
Byliśmy w tym samym ośrodku co w tamtej szkole.
Będę pamiętać żeby nie wchodzić do lasu.
Po obiedzie mieliśmy czas wolny i wszyscy wyszli na dwór. Usiadłam na schodach przed ośrodkiem i słuchałam muzyki.
Z budynku wyszła dziewczyna, którą wczoraj widziałam wyzywał chłopak z mojej klasy i zaczęła iść w stronę pomostu.
Kiedy przechodziła obok boiska, chłopcy zatrzymali grę i zaczęli do niej coś krzyczeć, wyjęłam słuchawki i przysłuchiwałam się. Wyzywali ją tak jak mnie kiedyś, a na ich czele stał przewodniczący elity Martin Fox, przystojny dupek.
Przegiął pałę gdy podszedł do niej i bezwstydnie popchnął wywołując śmiech kolegów.
Nie Rose, to nie twoja sprawa.
Ugh, nie mogę.
Wstała i szybko podeszłam do nogi, stał do mnie tyłem więc popchniecie go nie było wyczynem. Odwrócił się oburzony i spojrzał na mnie wrogo, a potem uśmiechną.
-Nowa... Coś nie tak? -podszedł bliżej, za blisko.
-Ty cholerny dupku, nie wstyd ci wyżywać się na dziewczynie?! -znów go popchnęłam, ale tylko dlatego żeby się odsunął.
-Ło ło ło, ci do tego?!
-Myślisz, że to zabawne? Daj ci to do samooceny?! Wyśmiewaj się z równych sobie!
-Myślisz o sobie?-zaśmiał się chamsko.
Pojebało go? Oczywiście, że nie mówiłam o sobie.
-Fox, znalazłeś nową ofiarę?-odwróciłam się na bok, żeby zobaczyć A.K., z uśmiechem na twarzy.
Oh mam przejebane.
-Nowa się burzy. -powiedział i znów spojrzał na mnie. -Kochanie, możemy załatwić to inaczej. -stwierdził i od razu położył dłoń na moich pośladkach.
Moje ciało przeszedł dreszcze obrzydzenia.
Nie zastanawiałam się i wymierzyłam mu cios pięścią w twarz. Chłopaka odrzuciło i zakrył nos dłonią.
-Ty suko!-szybko się pozbierał i rzucił się w moją stronę zaczął mnie szarpać, próbowałam się jakoś bronić, ale był silniejszy.
-Ty chuju! -usłyszałam, a potem A.K. rzuciła się na niego, a jej już nie dał rady. Odkładała go pięściami wszędzie gdzie się dało, a ja pod wpływem chwili zaczęłam jej pomagać.-Matka cię nie nauczyła szacunku do kobiet! -chłopak już nie wytrzymał chyba ataku z naszej strony i upadł.
Dotknął mojego tyłka i myślałam tylko o tym, żeby go zabić. To jest chore.
Usiadłam na nim okrakiem i wymierzyłam mu jeszcze kilka ciosów w twarz zanim zostałam odciągnięta.
-Nowa ogarnij się, nauczycielka tu idzie. -uprzedziła mnie A.K. puściła mnie a ja popraiłam ubrania.
-Czy wy jesteście normalni?! Co tu się dzieję?! -wykrzyczała nauczycielka i pomogła wstać Martinowi.
-One mnie pobiły! -wskazał na nas palcem i wytarł krew cieknącą z nosa.
-Bo jesteś pieprzonym dupkiem. -oznajmiła spokojnie A.K.-Należało ci się.
-Wy dwie do mnie! -wskazała na nas palcem. -A ty chodź, idziemy do pielęgniarki. -wzięła chłopaka za ramię i ruszyli do budynku.
-Rose, dziękuję. -podeszła do mnie dziewczyna, z której wyśmiewał się ten dupek. -Jestem Anabell.-wyciągnęła do mnie rękę
-Nie ma za co, ale nie szukam przyjaciół. -powiedziałam trochę za chamsko i odwróciłam się w stronę ośrodka.
Poszłam tak jak mi kazano do pokoju nauczycielek, nikogo nie było więc stałam przed drzwiami, a po chwili przyszła A.K.
-Gratuluję nowa. -zaśmiała się.
-Ta, żeby było czego. Nie musiałaś się mieszać.
-Fox to chuj, już dawno chciałam mu dowalić.
-Jasne. -powiedziałam zbywając ją.
-Nie podziękujesz mi?-uniosła brwi.
-Nie prosiłam cię o pomoc...
-Nixton, czuję że się dogadamy. -zaśmiała się, ale mi nie było do śmiechu, bo przyszła nauczycielka.
-Nie będę robić kazania, ty Kate słyszałaś je chyba już milion razy, więc nie mam już więcej słów. Zadzwoniłam do waszych rodziców, idźcie się pakować.
O nie... Znowu?
Odwróciłam się na pięciu i poszłam do swojego pokoju.
Uf jak dobrze, że się nie rozpakowałam.
Po dziesięciu minutach siedziałam w tym samym miejscu co rok temu. Wszyscy pojechali do jakiegoś muzeum czy coś. W sumie to trochę się cieszę, że mogę jechać do domu, ale z drugiej strony mama będzie wściekła .
Po chwili przyszła A.K., która usiadła tak jak ja na walizce.
Siedziałyśmy w ciszy, może i mi pomogła, ale ja nie szukam tu znajomych, a poza tym A.K. to suka, nie obrażam jej po prostu taki ma charakter.
Przed wejściem zatrzymał się biały samochód mojej mamy, a z niego wysiadł Georg. Tak jak rok temu dziękowałam bogu.
-Serio Rose? Znowu? -uniósł ręce. George to fajny facet.
-Ej to nie była moja wina, przyrzekam. -wstałam i zaczęłam się tłumaczyć.
-Słuchaj, już pierwszego tygodnia bijesz chłopców...-próbował się nie śmiać, ale słabo mu to wychodziło. -Poważnie, tak nie może być. -spoważniał.-W tej szkole miało być wszystko w porządku.
On miał rację, nie było mi wstyd za swoje zachowanie, tylko za to, że robię my problemy. Nie jest moim ojcem, a musi jeździć i wstydzić się za mnie.
-Przepraszam. Możemy jechać. -spuściłam wzrok i wzięłam swoją walizkę.
-Co on ci takiego zrobił? -westchnął.
-To nic takiego...
-Musisz mi powiedzieć jeżeli mam cię bronić przed Susan. -spojrzałam na niego i zobaczyłam ten sam uśmiech, który ma Will.
-Oh ten chłopak to po prostu dupek, wyśmiewał się z dziewczyny...
-I musiałaś go bić? Przecież oni wyciągnął jakieś konsekwencje...
-Nieważne, możemy już jechać.
George spojrzał na mnie, potem wziął moją walizkę i włożył ją do bagażnika.
***
Gdy mama wróciła do domu miałam mega awanturę. Skrzyczała mnie nie dając mi dojść do słowa więc poszłam do swojego pokoju.
Słyszałam jak Will przyszedł do domu, bo krzyknął na cały dom.
"Siema moja super rodzinko!".
Przez chwilę była cisza, potem usłyszałam śmiech a potem kroki na schodach.
Zapukał i wszedł do mojego pokoju.
-Zazwyczaj jest tak, że ktoś puka, drugi ktoś pozwala wejść i dopiero wtedy ten pierwszy wchodzi.
-Znowu cię wywalili? -spytał rozbawiony, ale z mojej strony spotkał się z surowym spojrzeniem.
-Wyjdź stąd.
-Dobrze, sorry. Tak na poważnie, nie rób tego więcej, bo Robert będzie miał haka na nas.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że ja chce wrócić do Cardiff?
-Nie, nie chcesz.
-Tak, chce.
-Rose błagam.
-Zostaw mnie w spokoju.
-Rose...
-Wyjdź stąd!
Nie chciałam krzyczeć, ale też nie miałam siły się z nim sprzeczać.
Will spojrzał na mnie smutno, a potem ze spuszczoną głową wyszedł.
Nie wiem co się stało, widzę, że Will się martwi o mnie, chce poprawić nasze kontakty, żeby było jak dawniej, ale ja tego nie chcę.
Nie chcę się znów do niego przywiązywać, stwierdzę, że chce jednak tu zostać ze względu na Willa, potem znów się przekonam, że nie mogę zostać w tym mieście.
To pogmatwane. Po prostu chcę go ignorować, żeby potem nie żałować, że go zostawiam.
Skoro jutro mam wolne to mogę jechać poznać mojego biologicznego ojca. W ostatnim czasie w ogóle o tym nie myślałam, chyba za bardzo w to nie wierzę i boję się.
Zadzwoniłam do Michaela i umówiliśmy się na dziesiąta, obiecał, że tym razem nic nie odwali.
To już ostatnie dni w tym mieście.
****
Simson!
Co tam? Jak rozdział się podobał?
Ostatnio było niedużo komentarzy ;/
WIELKI DZIĘKI ALICJI, KTÓRA POPRAWIŁA PIERWSZĄ CZĘŚĆ ROZDZIAŁU.<333
Znalazłam dzisiaj czas i jak obiecałam rozdział jest dłuższy.
Ogólnie to jestem chora i muszę na jutro być jak nowa ;/
No nie wiem, coś ciekawego u was? Jakieś ploteczki?XD
Pozdrawiam
-Kate xx
niedziela, 11 września 2016
sobota, 3 września 2016
28."I need you right now, so don't let me down."
"Potrzebuję Cię teraz,
Więc nie zawiedź mnie."
Obudziłam się, a właściwie zostałam obudzona przez dobijającego się do drzwi mojego pokoju Willa.-Rose, musimy już jechać! Przepraszam za wczoraj, okay? Po prostu ehh, nie robisz tego dla mnie, robisz to dla Leo!
-Co ty pierdolisz? -otworzyłam drzwi i zobaczyłam Willa w czarnej koszuli i spodniach. -Zaspałam, jedź sam.
-Nie, Rose błagam, musisz jechać.
-Mało spałam jedź sam. -powiedziałam i zamknęłam drzwi.
Zasnęłam przed dziewiątą, więc nie mam ochoty opuszczać mojego łóżka.
Siedziałam jakieś pięć minut i stwierdziłam, że nie mogę nie pójść. Przecież go znałam.
Szybko wybrałam strój, umyłam się, pomalowałam i ubrałam.
-Cześć. -przywitałam się.
-Dzień dobry.
-George?
-Tak? -spytał podnosząc nos z nad tabletu.
-Mógłbyś mnie zawieść do kaplicy?
-Mhm, jasne. -napił się kawy i szybko wstał.
***
Zdążyłam idealnie i stanęłam na końcu kaplicy. Było dość dużo ludzi, widziałam całą rodzinę Devriesów, Charliego, Willa, panią Karen.
Po modlitwach wszyscy zaczęli wychodzić, zrobiłam to samo i stanęłam gdzieś zboku. Kaplica była na cmentarzu więc wszyscy skierowali się w głąb niego.
Szłam gdzieś na końcu i gdy zatrzymaliśmy się, a urna była zakopywana zauważył mnie Will i ruchem głowy powiedział, żebym podeszła.
Więc przeszłam przez tłum, podeszłam do Devriesa od tyłu i przytuliłam się do jego boku, spojrzał na mnie i sam mnie przytulił. Gdy się odsunęłam zobaczyłam łzy w jego oczach.
Rozejrzałam się i zobaczyłam mężczyznę, który się we mnie wpatrywał. Stała przy nim Matilda więc od razu domyśliłam się, że to ich ojciec.
-Dziękuję, że przyszłaś. -szepnął brunet i pocałował mnie w głowę.
Po pogrzebie wszyscy skierowali się na parking przy cmentarzu.
-Rose, może byśmy... -zaczął Leo, a ja zaczęłam się bać. Na szczęście podszedł do nas Will.
-Rose, wracamy? Jeżeli chcesz Leo możesz jechać z nami. -chłopak wskazał palcem w stronę samochodu.
-Właściwie to za chwilę przyjedzie po mnie Michael. -rozejrzałam się i zauważyłam czarnowłosego, który opierał się o samochód i palił papierosa. -Już jest, przepraszam muszę iść. -szybko powiedziałam i poszłam w stronę czarnego bmw.
***
*WILL*
Susan ma nam coś do ogłoszenia, więc kolację zjemy późnej, gdy Rose przyjdzie z pracy. Tak, dowiedziałem się wczoraj od Susan, że Rose pracuje w jakimś barze.
Tak cholernie mi głupio, jak mogłem nawet pomyśleć, że ona coś z tym typem za pieniądze.
Jak mogłem tak pomyśleć o Rose?!
Myślałem, że po tym wieczorze u Leo będzie jakoś lepiej między nami, niestety spieprzyłem to.
Jeżeli Rose pracuje tyle ile jej nie ma w domu w ciągu dnia czyli cały dzień, bo od siódmej do dwudziestej drugiej. Już wiadomo dlaczego jest taka przemęczona. Tylko po co jej pieniądze? Z tego co wiem Susan i Robert nie żałują jej, a ona sama nigdy nie miała kosmicznych zachcianek, jak już to kosmetyki od czasu do czasu jakieś ciuchy. Myślę, że praca nie była jej potrzebna.
Rose przyszła dzisiaj wcześniej, tak jak prosiłem o to w wiadomości.
Przyszła po dwudziestej, gdy my już siedzieliśmy przy stole.
Przeprosiła za spóźnienie i usiadła obok mnie.
Nie pamiętam kiedy ostatnio jedliśmy wszyscy razem posiłek.
Rose odchrząknęła w połowie posiłku i wszyscy na nią spojrzeli. Miała nieodgadnioną minę, niby smutna, widać, że się czegoś bała.
-Muszę wam coś powiedzieć...w sumie to tobie mamo.
-Tak, znaczy... Zacznij.-Susan oparła brodę na dłoniach.
To był taki moment napięcia, bo nikt nie wiedział o co chodzi. Jestem chyba jakiś upośledzony, bo pomyślałem od razu o słowach "mamo jestem w ciąży", to by w sumie wyjaśniło po co jej pieniądze i ten Michael...
-Postanowiłam... -wzięła głęboko oddech. -Chcę poznać mojego biologicznego ojca.
Ja się w sumie ucieszyłem, że to nie ciąża, za to Susan oniemiała. Myślałem, że zaraz zemdleje, przysięgam, w ciągu ułamka sekundy zrobiła się blada jak ściana.
-Ale... Jak to? -wydusiła.
-Tak, to. Chyba mam prawo, wiedzieć kto jest moim ojcem, prawda? -Rose uniosła brwi.
Co jej się nagle zebrało na tego ojca?
-No tak... W sumie to tak.
-Mogłabyś dać mi jakieś dane, imię, nazwisko, może znasz adres?
-Nie.-Susan spuściła wzrok, a w jej oku zaświeciła łza? -Znaczy... Jutro ci wszystko podam. -wzięła głęboki oddech i podniosła wzrok.
-To teraz ja może... Kilka dni temu dostałam pismo z sądu... Robert wniósł sprawę o prawo do wyłącznej opieki nad tobą. -powiedziała na jednym wdechu.
Rose na chwilę otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła.
Nie ma mowy nie oddam jej Robertowi. W życiu.
-Czy jest sens? Przecież za rok Rose kończy osiemnaście lat.
-Will to nie są nasze sprawy. Oczywiście myślę, że to jest nieracjonalne.
-Nie George, jesteśmy rodziną to są NASZE sprawy.
-Okay. -powiedziała blondynka, przyjmując to spokojnie do wiadomości. -Jeżeli o to chodzi... To w sumie sprawa nie jest konieczna, jeżeli on chce mogę wrócić do Cardiff.
Ona chyba sobie żartuje.
-Popieprzyło cie Rose?! -byłem tak zdenerwowany, że musiałem wstać.
-Will. -ojciec pociągnął mnie za rękaw.
-Źle ci tu?! Miałaś chłopaka, przyjaciół, mnie?! Czego ci jeszcze brakuje?!
-No właśnie miałam! -tym razem ona wstała, a stół znów się zatrząsł.-Teraz gówno mam i wolę gówno mieć w Cardiff niż tutaj! Chcę po prostu zamknąć się w moim pieprzonym ciemnym pokoju i siedzieć tam do końca pieprzonego życia! -takiej wkurzonej jej nigdy w życiu nie widziałem, zrobiła się cała czerwona i nawet zaczęła płakać.
-Rose...
-Żadne Rose!?! Wyprowadziłam się do Michaela to nie, wy musieliście mnie ściągnąć tu z powrotem!
-Bo to nie jest normalne, że śpisz z jakimś obcym gościem!
-Jakie śpisz, czy ty jesteś głupi?! Spał na kanapie, nigdy mnie nawet nie dotknął!
-Błagam...-machnąłem głowa.-Ty robisz ze mnie głupka, myślisz, że nie wiem co faceci mają w głowach?! On by cię nie wziął pod dach za darmo!
-Will posunąłeś się za daleko!-uniósł się ojciec i w sumie miał rację, nie miałem prawa tego mówić.
-Widocznie nie wszyscy są tacy jak ty. -powiedziała pod nosem po czym poszła do swojego pokoju. -Chcę tylko świętego spokoju. Czy o tak dużo proszę?-spojrzała na nas błagalnie ze łzami w oczach.
-Rozumiem Rose, że ostatnio dużo się wydarzyło, ale...
-Nie mamo, ty nic nie wiesz. -powiedziała cicho i poszła powoli do swojego pokoju.
-Susan, nie możesz pozwolić jej się wyprowadzić.-stwierdziłem i usiadłem przy stole.
-Ale jak ja mam ją przekonać? Chce jej pomóc, ale...cholera jak się wali to wszystko. Robert chce zabrać mi Rose, Rose chce poznać swojego ojca. Jak ja w ogóle mam jej pomóc?
-Ona nie chce pomocy w tym problem. Nie wiemy wszystkiego, jedyną osobą, która wie...-zamyśliłem się. -O kurna!
-William.
-Sorry tato, ale przecież ten Michael wie wszystko. Jeżeli Rose mówi, że nic jej nie zrobił i faktycznie tak jest to może serio chce jej pomóc. -wstałem i pobiegłem w stronę drzwi. -Tato wezmę twoje auto!
Pojechałem oczywiście do tego Michaela, ale ten chuj mi nie otworzył. Było to na tyle chamskie, że słyszałem telewizor i wiedziałem, że jest w domu.
Widocznie na niego nie mogę liczyć.
***
Z rana Susan zostawiła dane ojca Rose i pojechali zapraszać gości na wesele.
Wziąłem do ręki kartkę, Jordan Ferens, był też adres.
-To chyba moje.-stwierdziła Rose schodząc po schodach.
Blondynka tylko wzruszyła ramionami.
-Zjedz coś. Pomyślałem, że może... Pójdę z wami do tego wesołego miasteczka i tak nie mam co robić.
-Michael idzie z nami.
-On?
-On. -w momencie kiedy to powiedziała zadzwonił dzwonek do drzwi. Odłożyła kartkę i poszła otworzyć, myślałem, że to Brook niestety był to ten idiota.
-Siema. -rzucił w moją stronę, ale nie fatygowałem się żeby mu odpowiedzieć.
-Jesteś głodny? -spytała, gdy chłopak przyszedł za nią do kuchni.
-Jeżeli chcesz mi zaoferować sałatkę, warzywa na parze czy warzywa w jakiejkolwiek innej postaci to NIE. -powiedział, a wręcz wyrecytował czarnowłosy, a Rose się zaśmiała.
Matko Bosko ona potrafi się śmiać.
Mimo, że go nie lubię, to lubię to jaka ona jest przy nim.
-Luz blues, jajka z bekonem?
-Poproszę, i jakbyś mogła kawę.
-Jasne.
Rose zaczęła przygotowywać danie, a on usiadł ze mną przy stole, no na drugim końcu.
Przyjrzał się kartce leżącej na stole, a potem wziął ją do ręki.
-Ktoś ci pozwolił? -spytałem przeżuwając tosta.
-Will zostaw go.
-Rose, jeżeli chcesz to jutro możemy tam jechać. -stwierdził przyglądając się adresowi. -Tylko zastanów się dobrze, czy chcesz go poznać.
O błagam, mam go po swojej stronie, trzeba to wykorzystać.
-Nie interesował się tobą siedemnaście lat. -dodałem.
-Muszę go poznać, ale nie będę cię ciągnęła tak dale...
-Przestań, żaden problem. -uśmiechnął się, gdy Rose postawiła przed nim jego śniadanie, a potem przyniosła sobie płatki z mlekiem.
-Jutro może być.
Szczerze? Jadłem jak najwolniej, żeby posłuchać ich rozmów i dowiedzieć się czegoś więcej o tym Michaelu.
-Wole jak jajko się leje, bekon jest trochę za suchy, noi... Przyprawiałaś to w ogóle?
-Dupek. -zaśmiała się.
Sam się do siebie uśmiechnąłem, widząc ją taką.
-Suuuu...
-Spróbuj dokończyć. -zagroziła mu.
-Suuuuuper dziewczyna oczywiście, a co ty myślałaś?
-Ym.-wytarła buzie. -Ojciec wniósł pozew.
-O rozwód?
-To nie śmieszne. -powiedziała poważnie.
-No czy ja się śmieje? Który ojciec?
-Michael!-znów się zaśmiała i kopnęła go pod stołem.
-Cholera, sorry. -skrzywił się.-Serio, o co chodzi?-tym razem całą uwagę przeznaczył jej.
-Chce pełnej opieki nade mną.
-Za rok skończysz osiemnaście lat.
-Mówiłem to samo. -wtrąciłem się.
-W sumie tego chciałaś. -stwierdził i wrócił do jedzenia.
Dziewczyna już nic nie odpowiedziała.
Faktycznie ona mu wszystko mówi, czyli on jest studnia jej tajemnic. Jak to chujowo brzmi. W każdym razie tylko on wszystko wie, więc muszę z nim pogadać.
Usłyszeliśmy pukanie, a potem ktoś wszedł do domu. Do salonu weszły mamy moich kumpli z córkami.
-Rosie! -podbiegła najmłodsza do blondynki i rzuciła się jej na szyję.
Michael wytarł usta serwetką i wstał.
-Dzień dobry, mam na imię Michael, jestem znajomym Rose. -kobiety patrzyły na niego spod byka, ale gdy podszedł i pocałował je w dłonie, zostały kupione.
Te kobiety to jednak są łatwe.
Po tym jak chwilę pouśmiechały się do niego wzięły Rose na stronę.
O jest sam mam szansę!
Matko jak to gejowsko brzmi...
-Ej stary, możemy pogadać?-podszedłem i powiedziałem tak cicho, żeby Rose nie słyszała.
-No mów.
-Wolałbym żeby Rose nie było.
-Jeżeli chcesz rozmawiać o niej to przykro mi ale nic nie powiem.
-Cholera... Jakim cudem ty z nią normalnie rozmawiasz, śmieje się, a gdy jest w domu, nic poza siedzeniem w pokoju nie robi.
-Nie powiem ci o co chodzi, po prostu nie naciskaj na nią.
-Pan jest chłopakiem Rosie?! -przerwała nam Brook patrząc w górę.
*ROSE*
Pani Victoria i Karen zostawiły mi trochę pieniędzy na te wszystkie karuzele i życzyły dobrej zabawy.
Podeszłam do wszystkich.
-Pan jest chłopakiem Rosie?! -krzyknęła Brook patrząc z dołu na ogromnego Michaela, jakby miał nie usłyszeć.
-Nie Brooke, on dzisiaj płaci. -zaśmiałam się razem z dziewczynami.
-Cześć Słońce, jestem Michael. -chłopak kucnął i pocałował dziewczynkę w dłoń, widać było, że się zawstydziła.
On to potrafi podejść każdą kobietę.
-A ty? -skierował się do siostry Devriesa.
-Matilda.
-O piękne imię.-uśmiechnął się szeroko, a ja uderzyłam go w ramię.
-Jadłyście śniadanie?
-Tak, ej Miche!
Chłopak spojrzał na dziewczynkę marszcząc brwi. Nienawidzi jak ktoś zdrabnia jego imię.
-Ej Brooke!
-Bo mnie nogi bolą, wiesz? -zaczęła dziewczynka, a chłopak przekręcił głowę. -Noi moja mama mi powiedziała, że to od chodzenia. -wytłumaczyła dziewczynka ładnie gestykulując rękoma, oczywiście zmyślała.
-A no faktycznie to jest problem... -czarno włosy podrapał się po głowie. -Chyba będę musiał nieść cię na barana.
-No chyba tak...
Michael wstał i uniósł dziewczynę na swoje ramiona.
-Wooow jaka ja jestem duża!
Uśmiechnęłam się pod nosem, prawie dwu metrowy chłopak ubrany na czarno z różową pięciolatką na ramionach.
-Idziemy?
-Tak, tak. -wzięłam torebkę i wyszłam z Matildą.
Muszę powiedzieć, że było fajnie... Nie ja muszę powiedzieć, że było zajebiście.
Wszyscy zachowywaliśmy się jak dzieci włącznie z tym starym koniem Michaelem. Dziewczyny były nim zachwycone, ganiały go, wspinały się po nim, a on je nosił, podnosił i wyrzucał w górę. Już nie przytulały mnie tak bardzo, bo był Miche. W sumie dobrze, bo nie musiałam chodzić na te wszystkie karuzele.
Wróciliśmy dopiero, gdy zaczęło robić się ciemno, Brook była tak zmęczona, że zasnęła na rękach Michela, a ja musiałam prowadzić Tilly, bo nogi odmawiały jej posłuszeństwa.
Najpierw odprowadziliśmy Brook i gdy Michael niósł ją do pokoju pani Karen z entuzjazmem dopytywała co to za chłopak i, że żałuję różnicy wieku miedzy nimi.
Charlie siedział i z miną srającego kota jechał nas wzrokiem. Cóż.
Gdy odprowadzałam Tilly poprosiłam Micha, żeby poczekał przed domem, bo...Leondre.
Na szczęście na dole była tylko pani Victoria, która mi podziękowała za doprowadzenie dziewczynki.
-Książę pozwolił ci wyjść?
-Przestań...
-Sorry, a tak w ogóle nie przejmujesz się tym wnioskiem ojca? -spytał, gdy już byłam obok niego i zaczęliśmy iść wzdłuż ulicy.
-Nie, chcę mieszkać z ojcem, a dla matki nawet nie będzie się chciało iść do sądu więc pozwoli mi wrócić do Cardiff.
-Jesteś pewna?
-No jasne, nie zależy jej tak bardzo.
-Nie o to pytałem. Czy jesteś pewna, że chcesz tam wrócić? -spojrzeliśmy na siebie, a potem zamyśliłam się i spuściłam wzrok.
-Nie wiem, chyba tak. Nie wyobrażam sobie życia tutaj, nie wrócę do szkoły, dopóki będę tu mieszkać nie wyjdę spokojnie z domu.
-Przecież masz mnie, pomagam ci.
-Nie możesz wozić mnie za każdą zachcianka.
-Rosie, poradzisz sobie z tym, jesteś silna, ja ci pomogę, Will ci pomoże...
-A kto pomoże ci?
-Nie zmieniaj tematu.
-Jak możesz mi pomóc, skoro nie potrafisz pomóc samemu sobie.
-To jest co innego.
-Masz rację, u mnie jest problem z psychiką, a ty robisz to z własnej woli.
-Nigdy tego nie zrozumiesz. -machnął głową i zatrzymaliśmy się pod bramą domu Willa.
-To jedziemy jutro?
-Mhm, trochę się boję.
-Nie ma czego, będę tam z tobą. -uśmiechnął się pokrzepiająco.
-Boję się, że się zawiodę.
-Wtedy docenisz Roberta. Muszę iść, mam jeszcze jeden projekt do zrobienia.
-Jasne, przepraszam, że tak długo cię zatrzymałam.
-E tam, poznałem moją przyszłą żonę.
-O matko, Brooke jest od ciebie siedemnaście lat młodsza ty głupi zboku! -zaczęliśmy się śmiać.
-Głupi zboku... Jak mówisz zbok to już wiadomo, że ten ktoś jest głupi.
-Wolę to podkreślić. Ej jak byłeś mały to jadłeś drożdże? -spytałam zadzierając głowę.
-No, trudna sytuacja w domu sama rozumiesz... -zaczęliśmy się śmiać.
-Dobra, leć już robić ten projekt.
-No to do jutra. -uśmiechnął się i poszedł do samochodu stojącego po drugiej stronie ulicy.
Weszłam do domu, wszyscy domownicy byli w salonie, od razu na mnie spojrzeli.
-Jak było? -rzuciła mam.
-Okay.
-Leci fajny film, może...
-Nie. -przerwałam jej. -Jestem zmęczona.
***
*WILL*
Rose od samego rana chodzi od lodówki do swojego pokoju i łazienki.
Miała dziś jechać do Swindon, ale jakoś ten Michael się nie zjawia, widać, że Rose jest zdenerwowana.
-Mogę z tobą jechać. -zaproponowałem mimo, że umówiłem się z chłopakami.
-Y-y. -mruknęła ze słuchawką przy uchu.
Rose chodziła w tą i we w tą dopóki nie przyszedł Leondre z Charliem wtedy poszła do swojego pokoju.
-Myślisz, że mi otworzy? -spytał Devries, gdy zaczęliśmy grać w Fifę.
-Nie ma nawet mowy, że otworzy, nikomu nie otwiera. A i nie mówiłem wam, znalazła pracę, dlatego nie ma jej całymi dniami w domu.
Obaj spojrzeli na mnie jak na ducha.
-Pracuję? Gdzie ją zatrudnili?
-W jakiejś jogurtowi.
-Łooo, starzy odcięli ją od pieniędzy?
-Nie, nie wiem właściwie po co są jej te pieniądze, ale jak chce to niech sobie pracuje.
-Gdzie dokładnie pracuje? -spytał brunet, przerywając grę.
-Nie wiem, nie powiedziała, ale jedyną jogurtownie jaką znam jest na Rees St.
-Fakt. -zamyślił się na chwilę.
-Oh skończcie już o niej gadać, rzygam już nią. -Charlie przycisnął poduszkę do twarzy.
Po pewnym czasie, a dokładnie po 18 ktoś zaczął uderzać w drzwi frontowe, nie, w sumie on napierdalał w te drzwi jak pojebany.
Spojrzeliśmy na siebie, a potem wstałem i otworzyłem drzwi przygotowany na opierdolenie tego kogoś, ale stał tam roześmiany Michael, znaczy przez chwilę się śmiał potem był poważny, a potem znów się śmiał.
-Ja... -spadł o stopień niżej. -Ja do Rose. -wyprostował się.
-E... Moment. -zmarszczyłem brwi i cofnąłem się w głąb domu. -Rose! Złaź tu w tej chwili! -wrzasnąłem i odwróciłem do chłopaków, którzy nie wiedzieli o co chodzi.
-Czego drzesz ryja?-królewna wyszła z pokoju, a ja szybko do niej podbiegłem.
-Z kim ty się zadałaś?! To jakiś ćpun!
-O czym ty mówisz?
-Michael to jebany ćpun!
-Weź...
-Przyszedł tu. -założyłem ręce na pierś, a Rose momentalnie zrobiła się blada.
Minęła mnie i pobiegła do drzwi, ja oczywiście za nią, ale zatrzymałem się na korytarzu.
Chłopak siedział już na schodach przed domem i wiązał buty.
-Michael.-dziewczyna usiadła obok niego.
-Muszę ci coś powiedzieć. -złapał ją za głowę i zaczął szeptać jej coś do ucha.
Przez dłuższą chwilę siedziała patrząc przed siebie, a chłopak złapał kosmyk jej włosów i zaczął coś tam plątać.
-Wstawaj. -rozkazała i pociągnęła go za koszulkę.
-Nie mogę tam wejść, jest dziura.-oznajmił stając przed wejście.
-Tu nic nie ma Michael.
-Nie wejdę tam.
-Mich zobacz jest kładka. Możemy po niej przejść. -przewróciła oczami.
-A faktycznie, nie zauważyłem. -podrapał się po głowie.
Droga po kładce była długa i męcząca. Okazało się, że ta kładka była aż do schodów.
Ten ćpun szedł aż do schodów wąskim krokiem, padał, śmiał się i tak ciągle.
Patrzyliśmy na niego, ale nie było to w żaden sposób zabawne, bo co jeśli on wciągnął w to Rose?
W końcu dotarł do schodów wtedy Rose złapała go za koszulkę i zaczęła ciągnąć do swojego pokoju. Widać, że była zażenowana sytuacją.
-Woow. -skomentował Charlie.
-Co tak stoisz każ mu spierdalać? -Leondre dosłownie zrobił się cały czerwony.
-Rose!
-Momencik!
-Rose kurwa!
-Już!-odkrzyczała piskliwym głosem i po chwili zeszła zamykając za sobą drzwi na klucz.
-On ma z tą wyjść. -oznajmiłem twardo, ale gdy podeszła zobaczyłem zaczerwienione oczy.
-Jeżeli on wyjdzie, ja wyjdę z nim. -stanęła ze mną twarzą w twarz. Zlustrowałem jej twarz i byłem pewien, że była gotowa to zrobić.
-Co się stało?
-Nic, po prostu muszę na chwilę wyjść i Will... -spuściła głowę. -Pożyczyłbyś mi trzydzieści funtów?
-Co?
-Proszę, obiecuję, że oddam na koniec miesiąca.
-Nie będę dawał dla niego pieniędzy.
-Proszę... Oddam ci wszystko. -zapewniła.
-Musisz mi obiecać, że nigdy tego nie weźmiesz.
-Obiecuję. -powiedziała szybko, a ja wyjąłem pieniądze i dałem jej.
Rose założyła kaptur i szybko wyszła z domu. Chciałem zapytać czy nie iść z nią, ale nie zdążyłem już.
-Stary, pojebało cię? Ona to przećpa.
-Powiedziała, że tego nie zrobi.
-Jej słowa są gówno warte.
-Zamknij się Lenehan.
Wróciliśmy do gry, ale nie mogłem się skupić zresztą tak jak Leondre.
Rose wróciła po około czterdziestu minutach. Zdjęła buty i chciała iść na górę, ale coś mi nie pasowało, była w kapturze, a włosami zakrywała twarz.
-Rose, proszę wróć. -podszedłem do schodów na których środku zatrzymała się blondynka.
Zdjęła kaptur i odwróciła się do mnie przodem. Na policzku miała ogromny czerwony ślad i niewielkie rozcięcie.
Podszedłem do niej i dotknąłem tego miejsca.
-To nic... -spuściła wzrok.
-Mówiłem... Ej Rose wszystkie ćpunki dają dupy? -zaśmiał się Lenehan, a po policzku Rose momentalnie spłynęła łza. Zaciąłem pięści i zbiegłem po schodach.
-Wypierdalaj. -warknąłem w stronę blondyna, którego brwi wystrzeliły do góry.
-Weź...
-Wypierdalajcie! Nie zmuszaj mnie żebym ci przywalił.
Nie czułem się źle, że wyrzucam moim przyjaciół, nikt nie ma prawa tak traktować Rose.
Charlie prychną, a brunet spojrzał smutno na dziewczynę, ale obaj wyszli
Znów spojrzałem na Rose, która była już zalana łzami.
-Przepraszam. -powiedziała cicho i usiadła w tym miejscu w którym stała. Podszedłem do niej i chciałem przytulić, ale odsunęła się.
-Co się tam stało? -spytałem po chwili, gdy się już trochę uspokoiła.
-Powiem ci, ale błagam nie obwiniaj Michaela. -oparła czoło na dłoniach.
-Mogę tylko obiecać, że nic mu nie zrobię.
-On ma problemy, już jak go poznałam ćpał, nie chodzi ciągle na haju, ale ma problemy z dilerami. Wziął od nich towar bez pokrycia, a dzisiaj przyszli odebrać pieniądze, dlatego przyszedł.
-To oni cię pobili.
-Pomyśleli, że jestem jego dziewczyna, więc chcieli, żeby Michael pamiętał, że oni nie mają oporów.
-Nie możesz się z nim zdawać.
-Will, ty nic nie rozumiesz. -pokręciła głową i znów po jej policzkach spłynęło kilka łez.
-Wiem, że nie pozwolę ci się narażać.
-To się więcej nie powtórzy. -szybko wstała. -Pójdę się ogarnąć.
Gdy Rose była w łazience zrobiłem dwie herbaty i usiadłem przy stole.
Dziewczyna po kilku minutach poszła do swojego pokoju, a potem zeszła na dół.
-Zostanie na noc, proszę nic nie mów mamie, jutro z rana idą do pracy nawet się nie zorientują.
-Dobra, to zamknij swój pokój i chodźmy do mojego. -wzięliśmy nasze herbaty i zrobiliśmy tak jak powiedziałem.
-Mogę jakiś koc i poduszkę?-spytała gdy byliśmy już u mnie.
-Przecież zmieścimy się na moim łóżku...-zmarszczyłem brwi.
Ostatnio jest jakaś dziwna, nie można jej nawet dotknąć, zauważyłem, że Michael też tego nie robi. Znaczy no są tylko przyjaciółmi, ale nawet tak po przyjacielsku się obejmuje ludzi, a oni nawet ręki sobie nie podają.
Chyba jestem przewrażliwiony.
-Nie, na ziemi będzie okay.
-Dobrze, to ja będę spał na ziemi. -zacząłem układać sobie łóżko.
-Nie..
-Zawsze mówiłaś, że mam wygodniejsze łóżko, więc ten jeden raz pozwolę ci na nim spać. -puściłem jej oczko, a ona uśmiechnęła się lekko. Obejrzeliśmy kilka filmów i poszliśmy spać.
***
Obudziłem się po czwartej i jak kurwa mogłem?
Wstałem by zapalić i spojrzałem na Rose, która również nie spała i robiła coś w swoim telefonie.
-Też się obudziłem. -stwierdziłem jakby tego nie zauważyła.
-W sumie to jeszcze nie zasnęłam. -wzruszyła ramiona, a ja otworzyłem okno i zapaliłem papierosa.
-Nie przejmuj się nim, pogadasz z nim i powiesz, żeby się ogarną z tym, nie będziesz obrywać za niego.
-Wiem, tak jakoś, zaraz pewnie zasnę. -odwróciła się na drugi bok i przykryła kołdrą po sam nos.
Wyrzuciłem peta do popielniczki, która zawsze stoi na parapecie po drugiej stronie okna i wróciłem do mojego łóżka.
Cisza była tak głęboka, że słyszałem nierówny oddech Rose, w końcu zasnąłem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemson!
Podobał się? Jakieś przemyślenia? Piszcie wszystko w komentarzach.
Jak tam? Bo ja umieram. Stwierdziłam, że skoro mam wolne weekendy to mogę trochę zarobić i rozdawać ulotki. 5,5h chodzenia po galerii +0,5 za kasą(mam nadzieję, że mi dodatkowo zapłacą xd) =chodzie jak kaczka, gardło boli mnie od mówienia"proszę bardzo",będę miała na twarzy sztuczny uśmiech chyba przez tydzień, ale hej! w końcu przydał mi sie rosyjski: kilka osób pytało mnie o drogę, a jedna kobieta nie potrafiła włączyć wifi na swoim ajfonie xd.
Od teraz będę brała ulotki od każdego XD Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Ha, jasne...
Zadali mi już lekturę i mam zapowiedziany sprawdzian z historii. Super ekstra.
A jak tam wasz pierwszy dzień lekcji? Nowe klasy?
Mam nadzieję, że wszystko okay :))
Następny rozdział będzie jakoś za tydzień, jak dam radę.
JEŻELI CHCECIE BĘDZIE SUUUUUPER DŁUGI.
Pozdrawiam
-Kate xx
czwartek, 1 września 2016
27.'I'd be your last love everlasting you and me. That was what you told me."
*ROSE*
Siedziałam na łóżku cały dzień przy zasłoniętych roletach i w sumie nic nie robiłam.
Z matką nadal to samo, ciągle jej nie ma, Will troszczy się o mnie, ale ignoruje go mając nadzieję, że przestanie się martwić i nie będę musiała mu wszystkiego tłumaczyć. Ojciec...znaczy Robert dzwoni do mnie (oczywiście nie odbieram), ale chyba nie ma odwagi na spotkanie, bo przecież mógłby przyjechać. Na Devriesa nie mam ochoty nawet patrzeć na jego sztuczną troskę. Te jego smutne oczy mimo, że łamią mi serce zostały przejrzane, udaje, żeby wyjść jak najlepiej wśród ludzi. Przykro mi, ale na mnie już to nie działa.
Piłam już chyba setną kawę w tym tygodniu, kiedy zadzwonił telefon i prawie ją wyplułam, gdy zobaczyłam na wyświetlaczu "mój bóg.
Fajnie mieć numer do boga?
Nie, niefajnie, bo to Charlie.
Odrzuciłam połączenie, ale po chwili znów telefon zaczął dzwonić.
Może to coś ważnego, może to Will?
-Tak? -spytałam twardo.
-Jesteś w domu? - był dziwny, smutny przez co zły.
-Zależy o co chodzi?
-Dobra, słuchaj, nie interesuje mnie czy masz czas, ale masz dziesięć minut na ruszenie swojego egoistycznego tyłka i przyjście do Leo. Niestety cię potrzebuje, więc jeżeli nie zobaczę cię tu za dziesięć minut to sam przyjdę i wyciągnę cię z tego cholernego pokoju.
Rozłączyłam się, bo co miałam zrobić.
Co za kutas.
Nie ma prawa mnie traktować jak jakiejś szmaty.
Spierdalaj.
Nigdzie się nie wybieram.
Chociaż...co z Leo? Co jeżeli on naprawdę mnie potrzebuje?
Cholera, gdy chcesz być zimną suką, ale masz za miękkie serce.
Szybko się ubrałam i uczesałam włosy w wysokiego kucyka.
Zbiegłam na dół i zorientowałam się, że nikogo nie ma. Upewniłam się żeby zamknąć dom, było już ciemno, a ja nie wzięłam jednego przedmiotu przez co cholernie się bałam.
Przełknęłam głośno ślinę i rozejrzałam się.
Te latarnie gówno dają.
Dziś pogoda była zdecydowanie deszczowa i na tyle wredna, że raz padało, a raz nie, i tak na zmianę.
Powoli wyszłam za bramę rozglądając się raz jeszcze i gdy stwierdziłam, że jest pusto ruszyłam wzdłuż uliczki.
Nie wiem, czy się cieszyłam czy zniesmaczyłam widząc patykowatą postać Charliego. Z jednej strony nie będę się bała iść, a z drugiej będę musiała spędzić z nim czas drogi do domu Devriesów.
-Masz szczęście, już myślałem, że będę wywarzał drzwi do twojego pokoju. -prychnął i zatrzymał się na przeciw mnie, ale go ominęłam i szłam dalej.
-Mogę wiedzieć o co chodzi? -spytałam, gdy szedł już obok mnie.
-Jego dziadek nie żyje, wczoraj miał wylew i... Leo się załamał. Siedzi w pokoju, więc pomyślałem, że skoro ty spędziłaś tam większość swojego życia to jakoś mu pomożesz, noi ten debil nadal cię kocha.
Miałam kompletnie w dupie jego chamski ton, pan Juseppe nie żyje, przecież to był autorytet dla Leo, sama chciałbym mieć takiego dziadka.
Przecież...cholera.
Przyśpieszyłam, nagle poczułam potrzebę bycia przy nim, mimo tego co mi zrobił, jak bardzo mnie zniszczył.
Szliśmy w ciszy, i dobrze, bo bym nie wytrzymała jego głupiego gadania i poniżania mnie.
Na szczęście doszliśmy w tym samym czasie, gdy zaczął padać mocny deszcz.
Spojrzałam na zegarek 21:36.
Weszliśmy do domu i od razu wszystkie oczy skierowały się na nas, a było ich sporo. Will, pani Victoria i Matilda.
-Dobry wieczór. -powiedziałam i zdjęłam lekko przemoczone buty.
Dziwnie tak, siedzieli przy stole ze smutkiem w oczach.
-Rose, błagam idź do niego. Cały dzień nic nie jadł, nawet nie odpowiada jak pukam... Ja wiem, że to dla niego ciężkie, ale on potrzebuje rozmowy. -pani Victoria wstała.
Pierwsze co pomyślałam to, to, że leży w łóżku ze słuchawkami w uszach i nawet nie słyszał jej pukania.
Muzyka zawsze była dla niego ucieczką.
Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem i weszła po schodach kierując się do jego pokoju.
Do drzwi zapukał Charlie.
-Leondre, przyszła Rose, chcesz z nią porozmawiać? -nic. -Leo, słyszysz, Rose przyszła! -nadal nic.
Przecież nie będę stała pod jego drzwiami całą noc.
Zbiegłam po schodach, znów kierując na siebie ich wzroki i założyłam buty.
-Rose! Poczekaj! Kurde, nie możesz poczekać! Cholera... On by ci zawsze pomógł! -wydarł się Charlie i wybiegł za mną.
Ten cholerny deszcz...założyłam kaptur, który po dosłownie chwili był już cały mokry.
Zignorowałam deszcz, Charliego i okrążyłam dom, zatrzymując się dokładnie pod oknem Leo.
-Co ty wyprawiasz!? -blondyn przekrzyczał deszcz, który odbijając się od wszystkiego powodował ogromny hasła.
-Nie będę dobijać się do niego całą noc. -złapałam się drewnianych kratek, które były zamontowane na ścianie budynku, były obrośnięte jakimiś winoroślami.
-Chcesz się zabić?! -spytał ,gdy zaczęłam się po nich wspinać. Poniósł ręce po obu moich bokach.
Przecież gdybym spadła to bym go połamała.
-Nie udawaj, że się przejmujesz. -prychnęłam patrząc na niego z góry.
Myślałam, że te kratki odpadną od ściany, albo jedna z nich się połamie pod moim ciężarem.
Zaczęłam się wpinać coraz wyżej. Było trudno, bo drewno było śliskie od deszczu tak jak moje podeszwy, kratki były zamontowane kilka centymetrów od ściany, więc nie mogłam postawić bezpiecznie stopy.
Gdy byłam już jakieś dwa metry od ziemi, pośliznęłam się i wydałam z siebie pisk.
-Kurwa... Rose masz w tej chwili zejść! -wrzasną, a kątem oka widziałam jak wymachuje rękoma.
Zignorowałam go i już ostrożniej wspięłam się wyżej.
Udało mi się dostać na górę, niestety kratki się skończyły i teraz było najtrudniej.
Puściłam się jedną ręka i zaczęłam pukać w szybę.
-Cholerny Devries. -powiedziałam do siebie i zaczęłam uderzać jeszcze mocniej. -Kurwa!
-Rose złaź w tej chwili!
-Zamknij mordę!
Dobra, jakbym miała umrzeć to i tak by się to stało.
Weszłam na ostatni szczebelek i przyczepiłam dłonie do ściany przy oknie.
Było trudno, no bo jak można trzymać się ściany...
W jego pokoju było ciemno, ale mogłam dostrzec postać leżącą na łóżku niestety tyłem do mnie.
Włączyłam tryb agenta i postanowiłam dać mu znaki świetlne, może to zobaczy.
Wyjęłam telefon z tylnej kieszeni i włączyłam latarkę za nim wyświetlacz został zalany przez deszcz.
Devries odwrócił się i po chwili wstał jak poparzony. Szybko znalazł się przy oknie, otworzył je i wciągnął mnie do środka.
-Matko Bosko Rose! Co ty robisz? -przytulił mnie, na co się skrzywiłam.
-No co przyszłam do królewny. -zażartowałam. Spojrzał na moją twarz i zaśmiał się, po czym znów mnie przytulił.
-Jesteś cała mokra. -stwierdził i zaczął zdejmować moją bluzę. Odskoczyłam od niego i spotkałam się z jego zdezorientowanym spojrzeniem. -Przepraszam, ja tylko... Przeziębisz się. -spuścił wzrok. -Dam ci coś na przebranie, dobrze? -spytał ostrożnie na co tylko kiwnęłam głową.
Wyjął z szafy czystą bluzę i dresy.
-Odwróć się. -rozkazałam, a on poszedł do okna otworzył je i wychylił się pewnie by spojrzeć jak weszłam. Dopiero, gdy je zamknął i nadal stał w tym samym miejscu byłam pewna, że się nie odwróci i mogłam się przebrać.
Był cała roztrzęsiona faktem że muszę się przy nim przebierać. Szybko to zrobiłam i wstałam trzymając w rękach mokre ubrania.
-Gdzie mogę to położyć?
-Daj. -podszedł i zabrał z moich rąk rzeczy. Wyniósł je z pokoju, a gdy wrócił staną na przeciwko po to żeby mi się przyjrzeć.
-Dlaczego przyszłaś?
-Dowiedziałam się o twoim dziadku, przykro mi. -powiedziałam szczerze i mimo, że nie chciałam przytuliłam go. Wtulił się w moją szyję i czułam ciepły oddech na mojej skórze.
-Rosie, ja tak bardzo przepraszam za wszystko co ci zrobiłem... Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić, chcę być z tobą na zawsze. -zaszlochał.
Nie ma mowy, nie chcę tych przeprosin, nic nie chcę od niego oprócz świętego spokoju. Na zawsze... Już to kiedyś słyszałam i to na zawsze wcale nie trwało długo.
Stop.
On płacze?
-Leondre nie przyszłam rozmawiać o nas. Wiem jak bardzo go kochałeś, chcę cię jakoś wesprzeć.
Trochę skakałam, a trochę nie. Z jednej strony Charlie nie dałby mi spokoju gdybym nie przyszła, a z drugiej na prawdę było mi smutno z powodu śmierci Juseppe.
-No tak. -mocniej mnie ścisnął.
-Leo...Co dzisiaj jest?
-Chyba piątek.
-No, a dziś jest...
-Harry Potter. -oznajmił i spojrzał na mnie z uśmiechem. -Zostaniesz na trochę?
-Muszę to obejrzeć. -jego uśmiech się powiększył. -A ty musisz się umyć.- zaśmiałam się razem z nim.
-Okay, pięć minut. -wybiegł z pokoju zadowolony jak dziecko. Nawet przyłapałam się na uśmiechu.
Przygładziłam mokre włosy i zeszłam na dół. Wzroki wszystkich skierowały się na mnie, a ja zauważyłam, że towarzystwo powiększyło się o Panią Karen i Brook.
-Rosie! -krzyknęła dziewczynka i podbiegła do mnie by udusić mnie uściskiem.
Charlie często musiał się nią opiekować więc dobrze się znałyśmy.
-Cześć Słońce. -podniosłam ją i przytuliłam.
-Czemu już nie przychodzisz do Charliego? -spojrzała na mnie i wydęła wargi.
-Brooke daj spokój Rose. -skarciła ją mama.
-Zrobię coś do jedzenia. -spojrzałam na panią Victorie, która uśmiechnęła się do mnie. Widziałam Charliego który siedzi przemoczony na krześle, śmieszny widok, ale nie było mi do śmiechu. -Pomożesz mi?
Dziewczynka pokiwała głową, poszłam z nią na rękach do kuchni i posadziłam ją na blacie.
Kuchnie i jadalnie z salonem dzielił blat, wiec wszyscy mnie widzieli i patrzyli jakbym była ufo.
-Mogę wam pomóc? - przyszła Matilda.
-Jasne. Może kanapki z Nutellą? -spytałam z uśmiechem.
-Tak!
-Okay, możecie zrobić kanapki, a ja zrobię herbaty?
-Tak, zrobimy górę z kanapek!-krzyknęła Brook i pokazała rękoma jak duża będzie ta góra. Zaśmiałam się, zawsze ją lubiłam, byłam radosna i zamiast mówić krzyczała podekscytowana.
-Byłyśmy wczoraj w domu zwierzątek.
-To się nazywa Zoo. -poprawiła ją Tilly.
-I co tam widziałaś? -spytałam nastawiając wodę.
-Małpy, żyrafy, lamy ale najfajniejszy był biły miś. Wiesz, że on cały dzień leży i nic nie robi? Mama powiedziała, że to włochata wersja Charliego. -wszyscy się zaśmiali. Spojrzałam na Charliego, który próbował ukryć uśmiech.
Wyjęłam dla wszystkich kubki i wrzuciłam do nich torebki herbaty. Stwierdziłam, że powinna je zrobić dla wszystkich.
-A mama mówiła, że już nie lubisz tak Leo. -spięłam się na to stwierdzenie i spuściłam wzrok.
-Brook!-skarciła ją mama. -Powiedziałam tylko, że...nie są już parą. -wytłumaczyła się zażenowana kobieta.
-Brook, oni nie są razem, bo...
-Dziewczyny dajcie już spokój Rose. -pani Victoria przerwała swojej córce, żeby nie powiedziała za dużo.
Czułam jak robię się cała czerwona.
Wszyscy myślą, że zerwanie z nim było moim głupim kaprysem.
-Dlaczego masz blond włosy?-najmłodsza zmieniła temat i złapał mnie za kosmyk.
-Podoba mi się. -stwierdziła Tilly.
-Mi też!- brunetka mnie przytuliła co było naprawdę miłe.
-Dziękuję. -uśmiechnęłam się. -Poczekaj muszę zalać wodę.
Nalewałam wrzątek do kubków, kiedy w końcu przyszedł Devries.
-Robicie kolację?-oparł się o blat i było mi niezręcznie, gdy tak mnie obserwował.
-Tak! Zobacz jaka góra!
-Woo Brook wygląda pysznie. -stwierdził i zaczął roznosić wszystkim herbaty.
Postawiłam Brook na ziemię i poszłyśmy do salonu.
Dziewczynki włączyły telewizor po tym jak powiedziałam, że dziś jest Harry Potter.
Wróciłam do kuchni gdzie zostawiłam telefon i zobaczyłam dwa nieodebrane połączenia.
Jedno było od Samuela, a drugie od Michaela, więc do niego oddzwoniłam.
-W końcu, wszystko w porządku?
-Cześć tak, co tam?
-Jutro jest sobota i wiem, że powinnaś mieć wolne, bo to już szósty dzień, ale Samuel powiedział, że zarobisz dwa razy więcej, w sumie to nie wiem dlaczego do mnie dzwonił.
-Mhm, jeżeli płaci podwójnie to będę.
-Przyjadę tak jak zawsze.
-Jeżeli nie masz czasu...
-Przyjadę, do zobaczenia.
Rozłączył się, a gdy się odwróciłam, nagle wszyscy odwrócili wzrok w inne strony.
Tylko Devries, który siedział już na kanapie patrzył na mnie swoimi smutnymi oczami.
-Chodź Rose zajęłam ci miejsce! -krzyknęła oczywiście Brook.
Z uśmiechem podeszłam i usiadłam między nią, a Leo.
Film już trochę trwał, ale i tak każdy oglądał go chyba setny raz, więc z fabułą nie było problemu.
Gdy zjedliśmy kanapki z jednej strony przytuliła się do mnie Brook a z drugiej Leo. Było mi strasznie niekomfortowo i jakoś odruchowo spojrzałam na Charliego, którego wzrok mówił "spróbuj coś spieprzyć".
No więc, ja głupia zaczęłam się bawić jego wilgotnymi włosami.
Co ja w ogóle robię?
Skarciłam się w myślach i przestałam.
-Rób tak, to przyjemne. -szepnął więc znów zaczęłam to robić.
-Brook chodź, jest już późno musimy iść do domu. -stwierdziła pani Karen trochę po dwudziestej drugiej.
-Ale mamo...
-Żadne mamo. Chodź. Charlie idziesz?
-Nie, przyjdę później.
-Ja chcę jeszcze posiedzieć z Rosie. -Leo podniósł głowę i zaśmiał się do mnie, po czym położył ją na mojej klatce piersiowej, a mnie przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
Nienawidzę, gdy ktoś mnie zwykle dotyka, a co dopiero, gdy jest tak blisko.
-Niestety jest już późno.
-Rosie przyjdziesz do mnie na herbatkę? -spytała słodko dziewczynka.
-Wiesz co? Jeżeli chcesz to możesz przyjść do mnie. -uśmiechnęłam się do małej.
-Mamo, mogę?
-Brooke, Rose na pewno...
-Nie, na prawdę nie ma sprawy. -spojrzałam na kobietę.
-Jeżeli tak mówisz... Właściwie w niedziele nie mam jej z kim zostawić, bo muszę jechać z Charliem załatwić kilka spraw, oczywiście zapłacę za opiekę.
-Niech pani nie żartuje, pójdziemy do wesołego miasteczka, będziemy się świetnie bawić, co? -spojrzałam na dziewczynkę.
-Tak!
-A ja mogę? -wychyliła się Matilda.
-Jasne.
-Rose, możemy porozmawiać? -spytała pani Karen, więc wstałam i do niej podeszłam.
-Jeżeli nie chcesz to wytłumaczę to dla Brook.
-Nie, na prawdę nie ma sprawy. -uśmiechnęłam się i wróciłam na kanapę.
Brook i jej mama poszły do domu, Charlie się przebrać, a Matilda spać.
Zwolniło się sporo miejsca, więc odsunęłam się, żeby oprzeć się o podłokietnik.
Po chwili przyszedł Charlie i z Willem usiedli na kanapie. Devries przysunął się do mnie wtulając we mnie jak dziecko, które potrzebuje trochę czułości.
Mimo, że w ogóle mi to nie odpowiadało przytuliłam go.
Wszystko się zmieniło oprócz tego, że nadal nie mogłam patrzeć jak jest smutny.
Spotkałam się ze spojrzeniem Willa, który uśmiechnął się do mnie łagodnie.
Gdy skończył się film Leondre już słodko spał. Delikatnie uniosłam jego głowę i położyłam pod nią poduszkę, a sama wstałam.
-Will, możemy już iść? -chłopak zdziwił się na moje pytanie i szybko wstał.
-Tak, tak, jasne.
Ruszyliśmy w stronę wyjścia.
-Rose, dziękuję, że przyszłaś. -uśmiechnęłam się do mnie kobieta, co odwzajemniłam. -Jutro jest pogrzeb, czy mogłabyś...
-Tak, będę.
-O 11 będzie msza. -poinformowała mnie po czym wyszliśmy.
-To było miłe z twojej strony. -odezwał się Will, gdy szliśmy wzdłuż ulicy. -Gdzie jutro idziesz?
-Na pogrzeb.
-Chodziło mi o ten telefon.
-To nic ważnego.
-Rose dlaczego taka jesteś? Przed chwilą widziałem jak z troską patrzyłaś na Leo, a teraz jesteś oschła.
-Will, proszę, jego dziadek umarła. -spuściłam wzrok.
-Więc dlaczego tak się zmieniłaś? Co ja takiego zrobiłem?
-Nic... Po prostu... To jest skomplikowane.
-To wytłumacz mi. Tęsknię za tobą. -te słowa złamały mi serce. -Nie odzywasz się do mnie, ignorujesz...O co chodzi?
-Nie mogę ci powiedzieć. -spłynęła mi łza, ale szybko ją wytarłam.
-Możesz. Możesz powiedzieć mi wszystko. -chciał mnie objąć, ale odsunęłam się.
-Przepraszam...
-Nie przepraszaj tylko powiedz o co chodzi, cokolwiek zrobiłaś nie będę cię oceniał. -zatrzymałam się i spojrzałam na niego.
-Co?
-Rose... Myślałem nad tym i nie gniewaj się, ale było dla mnie dziwne, że Michael cię utrzymywał, a teraz rozmawiałaś z kimś o podwójnej stawce, nie jestem głupi wiem o co chodzi...
-Co?- powtórzyłam trochę głośniej.
-Co? -widząc moje zdezorientowanie chyba chciał się wycofać.
-Myślisz, że się puszczam? Jesteś takim samym dupkiem jak Lenehan. -powiedziałam patrząc mu prosto w oczy i ruszyłam w stronę domu, zostawiając go za sobą.
Siemson!
Jak tam?
hehe jutro pierwszy dzień szkoły i piątek XD
Jak tam rozpoczęcie? Ogólnie miał mnie podwieźć kolega, ale się spóźił ponad 40 min i nie byłam na nim XD Pierwsze wagary zaliczone.
Jutro mam trochę poźniej, bo na 9:50, a wy?Jestem przerażona tym rokiem, bo mam rozszerzenia i kurde...umrę chyba.
Jak podobał się rozdział? jakoś tak dziwnie się czułam jak go poprawiałam i miałam wrażenie, że wszystko co napisałam jest źle gramatycznie, nie mam pojęcia czy to prawda, jak tak to przepraszam nie wiem co się ze mną dzieje XD
No
Rozdział będzie tak szybko jak szybko mnie zmusicie do tego komentarzami XD
OGÓLNIE ŻYCZĘ SUPER ROKU SZKOLNEGO
POZDRAWIAM
-Kate xx
Ps.: MI SIA jak tam sroga zima na Syberii? XDXDXDXDXDXD
Jak podobał się rozdział? jakoś tak dziwnie się czułam jak go poprawiałam i miałam wrażenie, że wszystko co napisałam jest źle gramatycznie, nie mam pojęcia czy to prawda, jak tak to przepraszam nie wiem co się ze mną dzieje XD
No
Rozdział będzie tak szybko jak szybko mnie zmusicie do tego komentarzami XD
OGÓLNIE ŻYCZĘ SUPER ROKU SZKOLNEGO
POZDRAWIAM
-Kate xx
Ps.: MI SIA jak tam sroga zima na Syberii? XDXDXDXDXDXD
środa, 24 sierpnia 2016
26."And I think oh, like I'm lost and can't be found."
W tę noc spałem spokojnie. Obudziłem się z chęcią do wszystkiego przysięgam, mógłbym góry przenosić. Chociaż... Przed snem dużo myślałem i stwierdziłem, że Rose nie może mieszkać z tym typem. Czy to nie dziwne, że utrzymuje ją bezinteresownie?
Wątpliwe.
Ten dzień będzie trudny, muszę jechać po Rose.
Wyciągnę ją chodź by siłą z domu tego typa.
Ogarnąłem się i zszedłem na dół wypić herbatę.
W kuchni siedziała już Susan z moim ojcem.
-Cześć Will, błagam powiedz, że Rose coś jeszcze pisała. Rozmawiałeś z nią?- od razu wystrzeliła z pytaniami.
-Tak właściwie... -podrapałem się po karku. -To za chwilę po nią jadę.
Oboje spojrzeli na mnie jakbym powiedział nie wiadomo co.
-Co?
-No tak. Tylko nie krzycz. -poprosiłem. -Wczoraj się ze mną spotkała, miałem nikomu nic nie mówić, ale ona mieszka u jakiegoś gościa, to nie jest normalne, prawda?
-Will do cholery, dlaczego mi nic nie powiedziałeś?!
-Bo byś pojechała ze mną, a ja chciałem z nią porozmawiać! -krzyknąłem, ale tylko dlatego żeby jej dorównać.
-No to chyba oczywiste!
-Dobra, uspokójcie się. -wtrącił się mój ojciec. -Co z nią?
-Jest...dziwna. Kompletnie wykończona psychicznie.-spojrzałem na kubek. -Muszę jechać. -wstałem od stołu.
-Will, ona chce wrócić? -zatrzymała mnie jeszcze Susan.
-Nie, nie obchodzi mnie to.
Wziąłem kluczyki i pojechałem pod ten blok.
Siedziałem chwilę i na samą myśl jak ona zareaguje przeszły mnie ciary.
W końcu wysiadłem i wszedłem na klatkę schodową, na drugim piętrze były trzy mieszkania.
No to niech będą te. Cholera, otworzyła mi jakaś babka z ręcznikiem na głowie. Stara i pomarszczona, kocham kobiety...
-Em, dzień dobry, szukam... Michaela.
Kobieta zmarszczyła brwi.
-Idź stąd, ty patologiczny przestępco! -zaczęła wymachiwać rękoma i zatrzasnęła drzwi.
Okay, to było miłe.
Dobra teraz te drzwi, kulturalnie zapukałem, ale tym razem nikt nie otworzył.
Mam nadzieję, że to te drzwi, noi miałem rację. Otworzył mi Michael we własnej osobie, był bez koszulki.
Ugh, kurwa jak się dowiem, że on i Rose...coś, nie ręczę za siebie.
Zmarszczył brwi jakby mnie nie poznał, a potem je uniósł.
-Ja do Rose. -burknąłem i przepchnąłem się przez jego rękę, którą opierał o framugę.
Rozejrzałem się po mieszkaniu i wszedłem do salonu skąd usłyszałem telewizor.
Na kanapie siedziała Rose pod kocem i jadła płatki z mlekiem, a w telewizji leciał "London Spy".
Odwróciła głowę w moją stronę, jej mina od razu się zmieniła.
-Will?! Co ty tutaj robisz?! To nie jest mój dom, żebyś mógł przychodzić kiedy chcesz! -wydarła się uprzednio odstawiając miskę i wstając.
Zobaczyłem kilka siniaków na jej rękach i mój wzrok właśnie na nich się zatrzymał.
-Nie no, luz. To twój przyjaciel.-wtrącił się Michael, a ja podniosłem na niego wzrok.
-Ty chory pojebie!- rzuciłem się w jego stronę i złapałem za jego koszulkę.
-Will zwariowałeś?! Puszczaj go!- teraz już blondynka zaczęła mnie odciągać, ale dopiero, gdy uderzyła mnie w ramię odsunąłem się i to wcale nie dlatego, że mnie bolało, nie chciałem żeby była na mnie zła.
-Przemyślałem to. Pakuj się. -rozkazałem i spojrzałem na chwilę w podłogę.
-Nie ma mowy, wyjdź stąd. Powiedziałeś, że nie będziesz mnie namawiał!
-Powiedziałem to za nim zdążyłem się zastanowić dlaczego ten gość cię utrzymuję i za nim zobaczyłem siniaki na twoim rękach. -powiedziałem spokojnie, próbując unormować oddech.
Byłem tak cholernie zły...
-Michael nic mi nie zrobił!
-Błagam... Powiedz jeszcze, że się uderzyłaś w szafkę... Pakuj swoje rzeczy. -założyłem ręce na klatce piersiowej.
-Nigdzie nie idę. -usiadła na kanapie i powtórzyła mój gest.
-Może ja was zostawię... -chłopak chciał wyjść z pokoju, ale Rose się odezwała.
-Nie, Will już wychodzi.
-Jeżeli wyjdę bez ciebie to wrócę z policją. -nie miałem już argumentów, więc musiałem ją zaszantażować i było mi z tym kurewsko źle.
-Co? -powiedziała do mnie, ale spojrzała na Michaela.
-Przykro mi Rose, ale nie pozwolę ci tu zostać. -podszedłem i chciałem dotknąć jej ramienia, żeby pokazać, że ją wspieram, ale ona wybiegła z pomieszczenia.
-Stary... Obyś tego nie żałował. -chłopak położył dłonie na biodrach i wypuścił powietrze z płuc.
-Bez obaw. -warknąłem i wyszedłem na balkon zapalić papierosa.
Najbardziej się wkurwiłem na samego siebie, nie potrafiłem jej wytłumaczyć tego, że jak wróci to będzie to dla niej lepsze, tylko musiałem ją zaszantażować. Po tym co przeszła powinienem być delikatniejszy, a ja się na nią wydarłem.
Jestem cholernym idiotą.
Wyrzuciłem peta i wszedłem do środka, nie zamknąłem nawet balkonu, bo usłyszałem szepty, powoli skierowałem się w ich stronę, ale gdy uchyliłem drzwi do pokoju obok od razu ucichli.
Rose klęczała na ziemi pakując walizkę, a chłopak kucał obok niej. Spojrzał na mnie, a potem wstał i zaczął zbierać jej rzeczy z całego pokoju.
Rose zapięła zamek od walizki i wstała.
-Pamiętaj, że możesz przychodzić tu kiedy chcesz. -powiedział, gdy już wychodziliśmy i wcisnął jej coś do kieszeni.
-Dziękuję. Za wszystko. -uśmiechnęła się do niego, a ja nie mogłem na to patrzeć i popchnąłem ją lekko, by już poszła.
Chciałem zabrać od niej walizkę, ale nie pozwoliła mi na to.
-Daruj sobie. -warknęła i zaczęła ściągać ją ze schodów, robiąc tym ogromny hałas.
-Rose, zrozum...
-Nie zrozumiem.-"krzyknęła" szeptem.
Jak to chujowo mieć sąsiadów, z którymi dzielisz schody.
-To moje życie, a ty się wpieprzasz.
-Bo się martwię, tak trudno to zrozumieć? -akurat pokonaliśmy pierwsze piętro i się do mnie odwróciła.
-Pilnuj swojego tyłka.-warknęła i znów zaczęła ciągnąć walizkę po schodach.
Z kim ja w ogóle rozmawiam? To nie jest dawna Rose.
Zatkało mnie.
Ona mnie nienawidzi. Nienawidzi za to, że chcę dla niej jak najlepiej.
Nie pozwoliła mi nawet zapakować swojej walizki do bagażnika, a gdy otworzyłem jej drzwi, ona to zignorowała i usiadła na tylnym siedzeniu.
Wziąłem głęboki oddech i wsiadłem do auta.
***
Ogólnie to sytuacja wygląda tak, że odkąd przyjechaliśmy, czyli od pięciu godzin, Rose siedzi u siebie w pokoju.
Susan się cieszyła jak nigdy, gdy ją zobaczyła a Rose tylko palnęła "Błagam, nie udawaj, że ci na mnie zależy" i tyle ją widzieliśmy.
Już wszystkich włącznie z policją poinformowaliśmy, że wróciła do domu i teraz siedzimy na kanapie i z ojcem pocieszamy Susan.
Usłyszeliśmy dzwonek i byłem święcie przekonany, że to Leo skończył nagrywanie i przyszedł zobaczyć Rose i w sumie, gdy otworzyłem drzwi stał tam Leo, ale nie sam.
Na chuj przyszedł ten czarny typ?!
-Cześć Leo. -podałem mu rękę. -A ty po co przyszedłeś? Rose nie ma w domu.
Leo stał i patrzył to na mnie to na niego.
-Nie rób mnie w chuja, sama napisała, żebym po nią przyszedł. -był nienaturalnie spokojny, jakby był na lekach uspakajających.
-Spieprzaj i nie pokazuj się tu więcej, widziałem siniaki na jej rękach!
-Ty ją biłeś?! -wtrącił się Leo. Michael tylko prychnął i podszedł patrząc na niego z góry.
-Akurat TY nie powinieneś się wypowiadać. -powiedział już zły, Leondre chyba się przestraszył, bo spuścił wzrok.
-Co tu się dzieję? -odwróciłem się i zobaczyłem Rose, była ubrana...ładnie, niestety wory pod oczami,mimo makijażu były widoczne. Najpierw rozejrzała się po podwórku, a potem spojrzała na nas.
Wątpliwe.
Ten dzień będzie trudny, muszę jechać po Rose.
Wyciągnę ją chodź by siłą z domu tego typa.
Ogarnąłem się i zszedłem na dół wypić herbatę.
W kuchni siedziała już Susan z moim ojcem.
-Cześć Will, błagam powiedz, że Rose coś jeszcze pisała. Rozmawiałeś z nią?- od razu wystrzeliła z pytaniami.
-Tak właściwie... -podrapałem się po karku. -To za chwilę po nią jadę.
Oboje spojrzeli na mnie jakbym powiedział nie wiadomo co.
-Co?
-No tak. Tylko nie krzycz. -poprosiłem. -Wczoraj się ze mną spotkała, miałem nikomu nic nie mówić, ale ona mieszka u jakiegoś gościa, to nie jest normalne, prawda?
-Will do cholery, dlaczego mi nic nie powiedziałeś?!
-Bo byś pojechała ze mną, a ja chciałem z nią porozmawiać! -krzyknąłem, ale tylko dlatego żeby jej dorównać.
-No to chyba oczywiste!
-Dobra, uspokójcie się. -wtrącił się mój ojciec. -Co z nią?
-Jest...dziwna. Kompletnie wykończona psychicznie.-spojrzałem na kubek. -Muszę jechać. -wstałem od stołu.
-Will, ona chce wrócić? -zatrzymała mnie jeszcze Susan.
-Nie, nie obchodzi mnie to.
Wziąłem kluczyki i pojechałem pod ten blok.
Siedziałem chwilę i na samą myśl jak ona zareaguje przeszły mnie ciary.
W końcu wysiadłem i wszedłem na klatkę schodową, na drugim piętrze były trzy mieszkania.
No to niech będą te. Cholera, otworzyła mi jakaś babka z ręcznikiem na głowie. Stara i pomarszczona, kocham kobiety...
-Em, dzień dobry, szukam... Michaela.
Kobieta zmarszczyła brwi.
-Idź stąd, ty patologiczny przestępco! -zaczęła wymachiwać rękoma i zatrzasnęła drzwi.
Okay, to było miłe.
Dobra teraz te drzwi, kulturalnie zapukałem, ale tym razem nikt nie otworzył.
Mam nadzieję, że to te drzwi, noi miałem rację. Otworzył mi Michael we własnej osobie, był bez koszulki.
Ugh, kurwa jak się dowiem, że on i Rose...coś, nie ręczę za siebie.
Zmarszczył brwi jakby mnie nie poznał, a potem je uniósł.
-Ja do Rose. -burknąłem i przepchnąłem się przez jego rękę, którą opierał o framugę.
Rozejrzałem się po mieszkaniu i wszedłem do salonu skąd usłyszałem telewizor.
Na kanapie siedziała Rose pod kocem i jadła płatki z mlekiem, a w telewizji leciał "London Spy".
Odwróciła głowę w moją stronę, jej mina od razu się zmieniła.
-Will?! Co ty tutaj robisz?! To nie jest mój dom, żebyś mógł przychodzić kiedy chcesz! -wydarła się uprzednio odstawiając miskę i wstając.
Zobaczyłem kilka siniaków na jej rękach i mój wzrok właśnie na nich się zatrzymał.
-Nie no, luz. To twój przyjaciel.-wtrącił się Michael, a ja podniosłem na niego wzrok.
-Ty chory pojebie!- rzuciłem się w jego stronę i złapałem za jego koszulkę.
-Will zwariowałeś?! Puszczaj go!- teraz już blondynka zaczęła mnie odciągać, ale dopiero, gdy uderzyła mnie w ramię odsunąłem się i to wcale nie dlatego, że mnie bolało, nie chciałem żeby była na mnie zła.
-Przemyślałem to. Pakuj się. -rozkazałem i spojrzałem na chwilę w podłogę.
-Nie ma mowy, wyjdź stąd. Powiedziałeś, że nie będziesz mnie namawiał!
-Powiedziałem to za nim zdążyłem się zastanowić dlaczego ten gość cię utrzymuję i za nim zobaczyłem siniaki na twoim rękach. -powiedziałem spokojnie, próbując unormować oddech.
Byłem tak cholernie zły...
-Michael nic mi nie zrobił!
-Błagam... Powiedz jeszcze, że się uderzyłaś w szafkę... Pakuj swoje rzeczy. -założyłem ręce na klatce piersiowej.
-Nigdzie nie idę. -usiadła na kanapie i powtórzyła mój gest.
-Może ja was zostawię... -chłopak chciał wyjść z pokoju, ale Rose się odezwała.
-Nie, Will już wychodzi.
-Jeżeli wyjdę bez ciebie to wrócę z policją. -nie miałem już argumentów, więc musiałem ją zaszantażować i było mi z tym kurewsko źle.
-Co? -powiedziała do mnie, ale spojrzała na Michaela.
-Przykro mi Rose, ale nie pozwolę ci tu zostać. -podszedłem i chciałem dotknąć jej ramienia, żeby pokazać, że ją wspieram, ale ona wybiegła z pomieszczenia.
-Stary... Obyś tego nie żałował. -chłopak położył dłonie na biodrach i wypuścił powietrze z płuc.
-Bez obaw. -warknąłem i wyszedłem na balkon zapalić papierosa.
Najbardziej się wkurwiłem na samego siebie, nie potrafiłem jej wytłumaczyć tego, że jak wróci to będzie to dla niej lepsze, tylko musiałem ją zaszantażować. Po tym co przeszła powinienem być delikatniejszy, a ja się na nią wydarłem.
Jestem cholernym idiotą.
Wyrzuciłem peta i wszedłem do środka, nie zamknąłem nawet balkonu, bo usłyszałem szepty, powoli skierowałem się w ich stronę, ale gdy uchyliłem drzwi do pokoju obok od razu ucichli.
Rose klęczała na ziemi pakując walizkę, a chłopak kucał obok niej. Spojrzał na mnie, a potem wstał i zaczął zbierać jej rzeczy z całego pokoju.
Rose zapięła zamek od walizki i wstała.
-Pamiętaj, że możesz przychodzić tu kiedy chcesz. -powiedział, gdy już wychodziliśmy i wcisnął jej coś do kieszeni.
-Dziękuję. Za wszystko. -uśmiechnęła się do niego, a ja nie mogłem na to patrzeć i popchnąłem ją lekko, by już poszła.
Chciałem zabrać od niej walizkę, ale nie pozwoliła mi na to.
-Daruj sobie. -warknęła i zaczęła ściągać ją ze schodów, robiąc tym ogromny hałas.
-Rose, zrozum...
-Nie zrozumiem.-"krzyknęła" szeptem.
Jak to chujowo mieć sąsiadów, z którymi dzielisz schody.
-To moje życie, a ty się wpieprzasz.
-Bo się martwię, tak trudno to zrozumieć? -akurat pokonaliśmy pierwsze piętro i się do mnie odwróciła.
-Pilnuj swojego tyłka.-warknęła i znów zaczęła ciągnąć walizkę po schodach.
Z kim ja w ogóle rozmawiam? To nie jest dawna Rose.
Zatkało mnie.
Ona mnie nienawidzi. Nienawidzi za to, że chcę dla niej jak najlepiej.
Nie pozwoliła mi nawet zapakować swojej walizki do bagażnika, a gdy otworzyłem jej drzwi, ona to zignorowała i usiadła na tylnym siedzeniu.
Wziąłem głęboki oddech i wsiadłem do auta.
***
Ogólnie to sytuacja wygląda tak, że odkąd przyjechaliśmy, czyli od pięciu godzin, Rose siedzi u siebie w pokoju.
Susan się cieszyła jak nigdy, gdy ją zobaczyła a Rose tylko palnęła "Błagam, nie udawaj, że ci na mnie zależy" i tyle ją widzieliśmy.
Już wszystkich włącznie z policją poinformowaliśmy, że wróciła do domu i teraz siedzimy na kanapie i z ojcem pocieszamy Susan.
Usłyszeliśmy dzwonek i byłem święcie przekonany, że to Leo skończył nagrywanie i przyszedł zobaczyć Rose i w sumie, gdy otworzyłem drzwi stał tam Leo, ale nie sam.
Na chuj przyszedł ten czarny typ?!
-Cześć Leo. -podałem mu rękę. -A ty po co przyszedłeś? Rose nie ma w domu.
Leo stał i patrzył to na mnie to na niego.
-Nie rób mnie w chuja, sama napisała, żebym po nią przyszedł. -był nienaturalnie spokojny, jakby był na lekach uspakajających.
-Spieprzaj i nie pokazuj się tu więcej, widziałem siniaki na jej rękach!
-Ty ją biłeś?! -wtrącił się Leo. Michael tylko prychnął i podszedł patrząc na niego z góry.
-Akurat TY nie powinieneś się wypowiadać. -powiedział już zły, Leondre chyba się przestraszył, bo spuścił wzrok.
-Co tu się dzieję? -odwróciłem się i zobaczyłem Rose, była ubrana...ładnie, niestety wory pod oczami,mimo makijażu były widoczne. Najpierw rozejrzała się po podwórku, a potem spojrzała na nas.
-Tylko rozmawiamy, idziemy? Ten facet ma tylko godzinę.
-Mhm.-chciała iść, ale złapałem ją za nadgarstek.
-Jaki facet?!
Wkurwia mnie, że nic nie wiem.
Michael, że tak powiem delikatnie (odepchnięciem mnie) zasugerował żebym ją puścił, więc to zrobiłem.
-Nie twoja sprawa. -powiedziała patrząc na swoje wysokie buty i wyszła na podwórko, a za nią Michael.
-Mam ochotę go rozjebać jakimś pociągiem. -stwierdziłem patrząc jak odchodzą.
-Czemu...ona z nim? I od kiedy jest blondynką?
-Nie mam pojęcia, ale muszę zapalić. -weszliśmy do domu, poinformowaliśmy Susan gdzie wyszła Rose i poszliśmy do jej pokoju.
To chamskie, bo ona nienawidzi gdy ktoś "narusza jej prywatność", ale z mojego okna widać taras, a jak ojciec się dowie, że palę to mnie zabije.
Usiedliśmy na parapecie i zapaliliśmy po jednym papierosie.
Odpowiedziałem Leo o wszystkim co stało się wczoraj i dzisiaj, a potem wziąłem laptopa Rose.
-Zastanawiam się... -zaczął brunet. -O jakiego gościa chodzi. Gdzie oni poszli?
-Nie mam pojęcia, mam nadzieję, że nie o to, o czym myślę.
-Rose by tego nie zrobiła.
-Wiem, ale z tym całym Michaelem jest coś nie tak. Utrzymywał ją przez kilka dni i nie przeszkadzało mu to za bardzo, a na rękach miała siniaki, nie sądzisz, że to dziwne?
Chłopak na chwilę się zamyślił, co było dziwne i nic nie odpowiedział.
-Czy ty coś wiesz?-spytałem prosto z mostu.
-Nie, co ty, po prostu się o nią martwię. -kiwnął głową w stronę komputera. -Założyła hasło.
-Myślisz, że coś ukrywa?
-Jestem pewien, że coś ukrywa.
***
Dzień spędziłem z Leo, a gdy on wyszedł usiadłem na schodkach przed domem i czekałem na Rose, którą przyprowadził oczywiście Michael. Podziękowała mu i weszła na posiadłość.
-Gdzie byłaś? -spytałem gasząc papierosa, wstałem i wyrzuciłem go za bramę.
-Nigdzie. -spuściła wzrok, lekko się chwiała na swoich szpilkach.
-Ty piłaś?! -dogoniłem ją, gdy weszła do domu.
-Nie.
-Czy my możemy normalnie porozmawiać?!
-Ty nie rozmawiasz, ty krzyczysz. -powiedziała obojętnie i ruszyła w stronę swojego pokoju.
-Dobra, przepraszam, poniosło mnie. Może chcesz coś... -zatrzasnęła drzwi do swojego pokoju. -Do jedzenia.-dokończyłem.
Ona jest tak cholernie trudna.
***
Wstałem około dziewiątej, ta noc nie była taka spokojna, bo pytań było coraz więcej, a ja się wkurwiałem, że nie znam na nie odpowiedzi.
Zszedłem na dół, miałem nadzieję, że porozmawiam z Susan i obmyślimy jakiś plan co do Rose, przecież nie może unikać nas do końca życia.
Niestety w jadalni nikogo nie było, pustka. Pewnie są w pracy.
No dobra, więc ja zrobię śniadanie.
To w sumie dobry plan, przez żołądek do serca kobiety, nie? Rose jest kobietą przecież.
Omlet będzie ok. Zrobiłem dwa omlety, herbaty i poszedłem do pokoju Rose. Oczywiście zapukałem i oczywiście nikt nie odpowiedział, więc je otworzyłem. Wszedłem w głąb i jedyne co zobaczyłem to idealną czystość, nawet łóżko było idealnie pościelone.
Błagam kurwa, jeżeli jeszcze raz uciekła to...kurwa wynajmę chyba ochroniarza.
Zostawiłem tacę na jej łóżku i zbiegłem na dół po telefon.
Znów to samo, nie odbiera, ale sygnał jest.
Zadzwoniłem do Susan i od niej dowiedziałem się, że po Rose dziś rano przyjechał Michael.
O chuj chodzi.
***
*ROSE*
Do domu wróciłam po dwudziestej drugiej, na szczęście odwiózł mnie Michael, przed domem stał tylko samochód mojej mamy, wiec albo nie ma tej dwójki albo Willa. I wyszło na to, że nie ma tej dwójki, bo Loczek siedział na schodkach paląc swojego ukochanego papierosa.
-Gdzie byłaś? -spytał nie zbyt miłym tonem, gdy otworzyłam bramkę.
-Nigdzie.
Ta ucieczka, to jak się zachowuję, to wcale nie chodzi o niego. Po prostu wszystko co się stało, sprawiło, że brzydzę się samej siebie i jedyne kontakty na jakie sobie pozwalam to z Michaelem, mimo tego co robi, dał mi dach nad głową i wyciągnął do mnie pomocną dłoń.
-Martwię się o ciebie cały dzień, chyba zasługuje na jakieś wyjaśnienie. -wstał, gdy podeszłam, ale nie miałam ochoty z nim rozmawiać, więc spuściłam wzrok i weszłam do domu. -Rose, błagam powiedz mi cokolwiek, bo boję się, że coś jest nie tak. Kurwa, ja wiem, że coś jest nie tak. Coś się dzieje i cholernie się o ciebie martwię. -mówił do tyłu mojej głowy. Jego głos był taki błagalny... on prosi mnie, żeby mi pomóc.
Do czego ja doprowadziłam?
Wzięłam głęboki wdech, żeby się nie rozpłakać.
-Nie martw się o mnie.- tyle udało mi się powiedzieć zanim pierwsza łza spłynęła po moim policzku i uciekłam do pokoju.
***
*LEO*
Jestem tak kurewsko zły na siebie, że mam ochotę przebić sobie płuco i umierać powoli i boleśnie, bo tylko na to zasługuje.
Jak ja w ogóle mogłem podnieść rękę na Rose?
Powinni mi uciąć tą rękę.
To co się z nią stało to moja wina. Gdybyśmy się nie pokłócili, gdybym nie poniósł tej cholernej ręki, gdybym nie robił jej tych jebanych zdjęć wszystko byłoby dobrze.
Dlaczego muszę być tak tępym dupkiem?
Kocham ją nad życie i sam nie wiem dlaczego taki dla niej byłem, bo mógłbym wskoczyć dla niej w ogień.
Przysięgam zrobiłbym wszystko, żeby nic się nie wydarzyło i żebym mógł leżeć teraz z nią i rozmawiać o wszystkich głupich rzeczach, które tak naprawdę nie mają znaczenia.
Najgorsze jest udawanie, że jestem niewinny, a przecież to wszystko moja wina, ale co? Miałbym się przyznać?
Przez ten czas, gdy mieszkała u tego typa i myślałem, że naprawdę sobie coś zrobiła. Nie mógłbym sobie z tym poradzić, zabiłbym się, gdyby nie wróciła.
Teraz, gdy wróciła, teoretycznie mógłbym widywać ją codziennie, niestety w praktyce jest zupełnie inaczej. Rose nie ma w domu, a gdy jest, ja mam jakieś nagrania czy inne gówna. Nawet, gdy trafiam na nią w domu, to ona nie opuszcza swojego pokoju. Will powiedział, że tak jest cały czas.
Gdy zobaczyłem ją pierwszy raz od jej ucieczki serce podeszło mi do gardła, dziwne uczucie. Bałem się, ale cholernie cieszyłem, mimo, że zmieniła kolor włosów, który mi osobiście się nigdy nie podobał, i miała podkrążone oczy jakby nie spała przez tydzień, dla mnie była piękna, a uczucie, którym ją darze uderzyło ze zdwojoną siłą.
To miał być koniec martwienia się o nią, tak myślałem, ale niestety. Wychodzi na całe dnie z tym Michaelem, on po nią przyjeżdża, odwozi ją, ale zobaczyłem, że witają i żegnają się tylko uśmiechem, co mnie cieszy, bo to znaczy, że są tylko znajomymi.
No właśnie o co chodzi?
Nie są razem i nie wyglądają jakby zamierzali, a utrzymywał ją przez niby tylko kilka dni, ale nie miał problemu z tym żeby u niego została na dłużej.
Zastanawiające.
Myślę, że on wie. Wie o tym co jej zrobiłem.
Will mówił, że widział siniaki na jej rękach, jeżeli on ją uderzył to przysięgam, że zabije go gołymi rękoma.
Wracając, nie mam pojęcia gdzie ona chodzi całymi dniami. Nie mam pojęcia co to za typ. I nie mam pojęcia czego oczekuję od Rose.
Nic kurwa nie wiem i to jest najgorsze. Niewiedza. Cholerna niewiedza i wymyślanie tysięcy historyjek o co może chodzić.
Siedzieliśmy we trójkę u Turnerów- ja, Charlie i Will. Oczywiście graliśmy na konsoli w salonie.
Dawno nie było takiego momentu, gdy byliśmy wszyscy trzej...brakuje tylko Rose.
Właściwie to zjawiła się po 22, spojrzała tylko na nas, tak jak my na nią i poszła na górę.
-Rose może coś zjesz? -spytał Will, gdy była w połowie schodów.
-Nie jestem głodna. -odpowiedziała zanim zniknęła za drzwiami swojego pokoju.
-Skaczesz nad nią jak nad królową.
-Wal się Charlie.
-Spójrz, ona tylko wzbudza w was żal i poczucie winy, ma was w dupie. A wy dwaj idioci dajecie się nabrać na jej gierki.
-Gierki? Zobacz co ona przeszła.-wtrąciłem się.
-No okay, fakt to było okrutne, ale wcześniej zerwała z tobą bez powodu. Pamiętasz? Pamiętasz jak się czułeś? Jak mi płakałeś?
Już się zamknąłem, to trochę poniżające dla mnie.
-A ty, Will? Traktujesz ją jak siostrę, zrobiłbyś dla niej wszystko, a ona ma to gdzieś. Jest zimną suką.
Charlie jej nienawidzi, mimo, że kiedyś byli przyjaciółmi.
Gdyby tylko znał całą prawdę o mnie i Rose...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemson!
Jak podobał się rozdział? Piszcie w komentarzach co myślicie o tym wszystkim. O co chodzi z Michaelem, gdzie Rose znika całymi dniami i kto zrobił ten profil na portalu?
Oczywiście jeżeli macie jakieś inne spekulacje, chętnie poczytam :))
Wakacje dobiegają końca i cholera...nie chcę nawet myśleć, że będę musiała wstawać o 6.
Dla tych co idą do nowej szkoły powiem tylko tyle, żeby się nie bali nowego środowiska. Serio nie ma czego, jeżeli będziecie sympatyczni, otwarci na innych to gwarantuje, że was polubią.
Noooo, ROZDZIAŁ BĘDZIE 1WRZEŚNIA HEHE XD
wiecie tak żeby wam umilić czas czy coś tam. Pewnie będzie więcej Devriesa i ogólnie myślę, że się spodoba.
Niech te ostatnie dni się kurde nie kończą
-Kate xx
Subskrybuj:
Posty (Atom)







